1
Z Ł O D Z I E J
Halldar był najlepiej rozwiniętym technologicznie państwem na świecie, a jego stolica, Thornil, to prawdziwe miasto przyszłości. Choć każda dzielnica wyglądała zupełnie inaczej niż reszta – począwszy od zielonego i spokojnego Oaksdare, na szarej, betonowej i niebezpiecznej Silli kończąc. Jednym z największych osiągnięć Halldarczyków było rozwinięcie transportu publicznego, opierając go na polaryzacji elektrycznej i magnetyzacji. Tak powstały między innymi pociągi i tramwaje magnetyczne, a co za tym idzie, setki tysięcy kilometrów mostów magnetycznych, po których się poruszały. Wyjaśniłabym to może trochę lepiej, gdybym choć trochę interesowała się naukami ścisłymi. Prawda jest jednak taka, że nie mam zielonego pojęcia, jak metalowy, piętrowy, długi na sto metrów blok mógł się poruszać po szynach, zasilany energią elektryczną. Ze szkoły zrozumiałam tylko tyle, że działa jak wielki (wierzcie mi, ogromny) magnes.
W zasadzie, to nie ważne. Chciałam tylko, w miarę klarownie zilustrować, czym dojeżdżałam do szkoły na co dzień, żebyście mogli sobie to wyobrazić. Niewiele rzeczy jest w stanie mnie przerazić, ale do tych maszyn jakoś nie jestem w stanie się przyzwyczaić. To nie moja wina, urodziłam się w pustynnym miasteczku, w którym na piechotę trzeba było iść kilometrami, żeby dojść gdziekolwiek. No dobra, przegięłam. Czasami nawet w Dolinie Goreth widuje się takie wynalazki jak magnetyczne deski i skutery, ale tylko takie, które już znudziły się Halldarczykom i postanowili je oddać na złom, albo do takich biednych krajów jak Goreth.
Chyba chcę przez to powiedzieć, że Halldar, to niesamowicie uzdolniony i bogaty kraj. Gdyby dzielił się tym co ma i wynalazł z resztą świata, może Hallitar wyglądałby dzisiaj inaczej.
- Na pewno chcesz iść ze mną? – Głos Nabi wyrwał mnie z zamyślenia. Jechałyśmy właśnie magnetociągiem w stronę Santos, co znaczyło, że przejeżdżaliśmy przez Sillę i mogliśmy dojechać do Jinshil, miasta, w którym mieszkałyśmy. Wolałabym jechać do domu, ale Nabi miała odwiedzić babcię, która z jakiegoś powodu mieszkała w najmniej bezpiecznej części miasta. Powód był pewnie taki, że pochodziła z Narodu Sokoła, tak samo jak Nabi i jej cała rodzina i reszta tej dzielnicy. Żeby lepiej zrozumieć sytuację tych ludzi, powiem tylko, że dzielą się z grubsza na dwie grupy i rzadko spotyka się kogoś pomiędzy. Bieda albo bogactwo. Rodzina Nabi Hong, to wyjątek, jeden z niewielu.
- Tak, obiecałam, że cię przypilnuję – odparłam z uśmiechem, podnosząc się ze swojego miejsca w ślad za przyjaciółką. Ta westchnęła cicho i szturchnęła mnie w ramię.
- Nie trzeba mnie pilnować, Ka. Wychowałam się na tym blokowisku, pamiętasz?
Tak, Nabi spędzała u swojej babci każde wakacje od dziecka. Tego roku też miało tak być, dlatego właśnie jechała o tym porozmawiać. Wiem, że znała tamte tereny, jak własną kieszeń, ale jakoś nie mogłam tym razem puścić jej samej. W końcu i tak jechałyśmy w jednym kierunku, a poza tym… miałam złe przeczucia. Tego wieczora na różowym niebie widniał jeden księżyc – Rogh. Nikt nie wie, jak to działa, nawet przewspaniali Halldarscy naukowcy, ale mają taką swoją teorię, że to jakaś kosmiczna mgła przysłania od czasu do czasu Rhillion, bardziej oddalony księżyc i Rogh zostaje na niebie sam. To jeszcze miałoby sens, ale nikt nie wie, dlaczego zawsze akurat w te wieczory i noce dzieje się coś złego. Może to tylko głupie przesądy, ale ja wolę dmuchać na zimne.
- Może i tak, ale to ja mam medalion na szyi, a nie ty.
I nie powiedziałam tego wcale, żeby jej dogryźć! Ona też miała swój własny medalion. Tylko, że nigdy go nie zakładała. Próbowałam ją namówić, ale ona uparła się, że to zbyt cenny skarb i musi go trzymać w bezpiecznym miejscu.
- Nie potrzebuję medalionu do chodzenia po mieście – prychnęła. Z głośników zabrzmiał komunikat „Stacja: Silla Północna” i wielkie, metalowe drzwi z długimi oknami, otworzyły się przed nami. Wyszłyśmy na przystanek. Daszek, chroniący w razie opadów był świeżo naprawiony, ale resztki graffiti nie zostały zamalowane. Najwyraźniej ktoś doszedł do wniosku, że nie opłaca się marnować farby na przystanki na Silli, bo zaraz znowu będzie trzeba to powtarzać. Naród Sokoła zdaje się nie odczuwać wdzięczności za doprowadzenie północnej części ich dzielnicy do porządku.
- Tu nie jest aż tak strasznie, Ka – Powiedziała zachęcająco, pokazując na krajobraz wysokich bloków i niższych kamienic. W tym pomarańczowo różowym świetle może faktycznie nie wyglądało to tak okropnie. Gdzieniegdzie rosły pojedyncze, zielone drzewka, a maleńkie trawniki między chodnikami i ulicami były zadbane.
- No tak, to w końcu północna część – pokiwałam głową. - Czyli ta, gdzie rocznie ginie najmniej osób.
Nabi wywróciła oczami bez słowa, ale nie obrażała się na mnie. Była moją najlepszą przyjaciółką. Jedyną. Mam też Luka i Chrisa, ale to chłopcy. Są wspaniali, ale jednak dziewczyna z dziewczyną inaczej się dogaduje. Może dlatego próbowałam ją tak chronić, chociaż wcale o to nie prosiła. Czasami wydawała się oddalona o setki kilometrów, chociaż mam ją na wyciągnięcie ręki. Jakby miała sekrety, o których nikomu nie mówiła. A ja nie chciałam jej stracić.
Po pięciu minutach znalazłyśmy się pod odpowiednią kamienicą. Nabi otworzyła drzwi do klatki schodowej, a ja skierowałam się w stronę ławki, która stała kawałek dalej, pod oknami bloku.
- Na pewno chcesz tu sama zostać? – Spytała, przytrzymując drzwi. – Babcia ucieszyłaby się na twój widok. Zaparzy herbatkę…
- Dziękuję, ale nie mamy chyba tyle czasu. Mama chce mnie widzieć w domu przed zmrokiem – odparłam, zdejmując plecak z ramienia. Wspominałam już, że wracałyśmy ze szkoły? No tak, jeszcze tydzień i przerwa letnia, której wszyscy z takim utęsknieniem wyczekiwali. Luke miał jechać z rodzicami do Santos, miasta w kraju położonym nad wschodnim brzegiem oceanu i pierwszy raz mieli jechać z nimi Chris i jego ciotka. A ja miałam zacząć letnią pracę w kawiarni! To miała być moja pierwsza praca dorywcza. To znaczy kiedyś zbierałam warzywa w polu z mamą i młodszym bratem, ale tym razem byłabym zupełnie samodzielna. Minus był tylko taki, że kawiarnia mieściła się tu, w Silli Północnej. Nabi pracowała tam poprzedniego roku i bardzo zachwalała to miejsce. Właściwie miałam zająć tam jej posadę, bo w tym roku ona też miała wyjechać gdzieś razem z rodzicami.
- Okej. To uważaj, żeby cię ktoś nie porwał – mruknęła zaczepnie i puściła mi oczko, by po chwili zniknąć za drzwiami. Prychnęłam pod nosem i usiadłam na drewnianej ławce. Była dość stara, ale w nienajgorszym stanie. Sądzę, że w tej alejce mieszkało kilka osób starej daty, które starały się utrzymać sąsiedztwo w ładzie i spokoju.
Przed blokiem biegł chodnik, wyłożony starymi, szarymi płytami, który prowadził do kilkunastu klatek w rzędzie i łączył się w kilku miejscach z chodnikiem po drugiej stronie niewielkiego trawnika. Naprzeciwko bloku babci Nabi stał kolejny, bardzo podobny. Okolica była raczej przyjemna. Na trawniku rosło nawet kilka starych drzew. Były pewnie jedynym schronieniem dla mniejszych zwierząt i ptaków… chociaż różowych puchaczy nie widuje się w środku miasta zbyt często.
Otóż to - na jednej grubej gałęzi siedziała sowa i patrzyła mi prosto w oczy. Nie zdawało mi się, znałam ją przecież dokładnie. A raczej jego…
Mam cię na oku – odezwał się w mojej głowie ciepły głos puchacza, a ja odpowiedziałam mu uśmiechem. Wyjęłam z plecaka szkicownik i ołówek. Szkicowanie obiektów z życia mnie odprężało.
Ale zastanawia was pewnie, dlaczego słyszę w głowie głosy zwierząt. No cóż, nie słyszę wszystkich. Tylko tych, które w zasadzie nimi nie są. Chyba trochę zakręciłam… No dobrze, wyjaśnię to najprościej, jak się da. Ta różowa sowa, to tak naprawdę mój strażnik. Taki opiekun. I tak naprawdę nie był sową. Był… taką istotą duchową, bardzo piękną i szlachetną, przepełnioną dobrem, ze skrzydłami… Nie macie takich u siebie? Pewnie macie, ale nie wszyscy je dostrzegają. A przynajmniej tak to działa tutaj, na Hallitarze. Może kiedyś wam opowiem o ich historii i istnieniu. Co wy na to?
Nie siedziałam tam sobie zbyt długo. Może ze dwie minuty, to i niewiele narysowałam. Tak mnie naszło na sowę w cieniu drzewa, ale udało mi się tylko rozplanować kształty na kartce i trochę ciemnych plam, czyli najprostszy szkic. I wtedy usłyszałam gdzieś w oddali krzyki. Młodzi mężczyźni, jakby z rozbawieniem komuś grozili. Po plecach przebiegły mi ciarki. Popatrzyłam w prawo, skąd dobiegał dźwięk dudniących o betonowe płyty butów. Trzech chłopaków, z daleka wyglądali na niewiele starszych ode mnie. Przebiegli, oglądając się za siebie w stronę budynku rozciągającego się przede mną i zaraz za nim zniknęli. Z tego samego miejsca, co tamci po chwili wyszło powoli pewnym krokiem dwóch kolejnych. Jeden z nich zaśmiewał się głośno, wskazując ręką na uciekinierów. Zatrzymali się, wymienili jeszcze kilka zdań i pożegnali ze sobą. Ten głośniejszy odszedł z kapturem na głowie, a drugi wciągnął swój telefon, sprawdził coś, kliknął i schował z powrotem do kieszeni czarnej, rozpiętej bluzy. Wtedy odwrócił się i zaczął iść chodnikiem w moją stronę. Zauważył mnie na ławce i chociaż prędko odwróciłam głowę, na pewno dostrzegł, że mu się przyglądałam.
Kurde – pomyślałam, kiedy kątem oka widziałam, jak zbliża się coraz
bardziej. – Luz, Kkaniee, zaraz sobie
pójdzie. Przecież to nie tak, że dosiądzie się do ciebie i zacznie zaczepiać ,
prawda? Po prostu sobie idzie, akurat tędy mu po drodze, nie panikuj.
Przechodził już tuż obok, więc wlepiłam wzrok w białe kartki. Udawałam, że niby coś rysuję, żeby nie wyjść na dziwaka. Co najwyraźniej nie zadziałało. Chłopak przeszedł przede mną i nagle zatrzymał się w pół kroku, jakiś metr dalej, kiedy już myślałam, że jest po wszystkim. Zdziwiona podniosłam na niego wzrok. Stał dosłownie kilka sekund, jakby się nad czymś zastanawiał, po czym cofnął się i usiadł obok mnie na ławce. Dłonie nadal miał schowane w kieszeniach, a wzrok utkwiony w przestrzeń przed sobą. Za to ja się na niego gapiłam i to tak po chamsku. Nie mogłam uwierzyć, że moje głupie wymyślanie historii, które nie powinny mieć miejsca, bo je sobie wymyśliłam w emocjach… miały miejsce tu i teraz. Chłopak w końcu obrócił twarz w moją stronę. Był bardzo przystojny. Tak, to pierwsza myśl, która mi przyszła do głowy, kiedy popatrzyłam mu w oczy, wiem, że to żałosne, ale byłam wtedy młoda i głupia. A wydarzyło się to jakieś półtora roku temu. W każdym razie patrzyliśmy tak sobie w oczy jakieś pół sekundy, bo od razu się speszyłam i odwróciłam. Zamrugałam szybciej oczami, bo najwyraźniej zapomniałam wcześniej o mruganiu i zaszczypały mnie oczy.
Nie, to się nie dzieje – myślałam, przełykając ślinę. – Może pomyślał, że widziałam ich bójkę i chce
mnie postraszyć, żebym nikomu nic nie mówiła, czy coś…
Zerknęłam znowu na
niego, a ten gość nadal na mnie patrzył. Dlaczego?!
Ah! Pogaduszki z gangsterami to nie moja specjalność. Chris powinien się tym
zajmować.
Skupiłam się na tym, żeby oddychać spokojnie i w miarę naturalnie. Albo przynajmniej, żeby nie wyglądać dziwacznie. Ale wiecie… udawanie nigdy nie szło mi najlepiej.
- Wszystko dobrze? –
usłyszałam niski, bardzo przyjemny głos. O
matko, to do mnie?! Znowu spojrzałam niepewnie w jego stronę. Patrzył mi w
oczy. Do mnie, kurde. Bąknęłam ciche
„hm?” pod nosem, tak bardzo speszona, jak pierwszego dnia w nowej szkole, w
nowym mieście, w nowym kraju. Tak, mam po tym traumę. I to uczucie wróciło. –
Dobrze się czujesz? – Powtórzył spokojnie, przyglądając mi się z troską w
oczach, pięknych, czekoladowych, o Panie…
Nie bardzo wiedziałam wtedy, co się ze mną działo. Pierwszy raz w życiu czułam się tak onieśmielona, skołowana i zdezorientowana. Nie rozumiałam, dlaczego, bo w końcu to nie tak, że pierwszy raz w życiu siedziałam obok faceta. Moi przyjaciele, to w większości chłopcy. Wychowałam się we wiosce pełnej chłopców. Zatem, co stanowiło problem?
Coś w jego twarzy krzyczało „uciekaj” i jednocześnie to samo coś zdawało się przyciągać mój wzrok, jak magnes. Jego ciemne, wąskie oczy przypominały spojrzenie jakiegoś dzikiego kota. Nos miał prosty, a usta pełne i ich kształtu mogło mu pozazdrościć mnóstwo dziewczyn na świecie. Nawet, jeśli dolna warga była rozcięta. Zaschnięta krew w kąciku ust i czerwony ślad po uderzeniu na policzku przyprawiały o gęsią skórkę.
Odchrząknęłam i wyprostowałam się, doszedłszy do wniosku, iż pora się ogarnąć. Znowu wbiłam wzrok w szkicownik i pokiwałam głową. Podjęłam drugą próbę udawania, że jestem bardzo zajęta rysowaniem. I to był błąd. Chłopak zainteresował się bardzo tym, co robiłam. Pochylił się do przodu, oparł łokciami o kolana i patrzył, jak nieudolnie stawiam kolejne fałszywe kreski.
- E… Trochę to niezręczne – zwróciłam mu uwagę, co sprawiło, że przeniósł swoje spojrzenie na moją twarz. Było w nim coś takiego, co ścisnęło mi żołądek. W złym i dobrym sensie jednocześnie. Jeśli to w ogóle możliwe.
- Ładnie – powiedział po chwili i wyprostował się. – Mogę obejrzeć? – zapytał, wskazując na szkicownik. Miałam znowu niezręcznie i jakoś po cichu zaprzeczyć , ale zanim zdołałam wydobyć z siebie cokolwiek, chłopak wysunął mi go z rąk. Nie podobało mi się to. Nie znoszę, kiedy ktoś dotyka moich rzeczy bez pozwolenia. Coś we mnie pękło.
- Ej – Zaczęłam już pewniej niż przedtem. Niechętnie oderwał wzrok od moich szkiców i rzucił mi pytające spojrzenie. – Tak nie wolno, wcale się nie zgodziłam. – Patrzył na mnie przez chwilę, jakby tłumaczył w myślach moje słowa z języka obcego na jego własny, potem przekrzywił głowę w bok, co jak mniemam miało znaczyć, że nie dotarło. – Oddaj, proszę.
Nie wiem, może nie dowierzał w to, że potrafię mówić, albo, że mam czelność bronić mu czegokolwiek. Przyglądał mi się bez słowa, a ja niecierpliwiłam się coraz bardziej. Zwłaszcza, że patrzył z taką dziwną ciekawością, spokojem i pewnością siebie.
Wyciągnęłam rękę, żeby odebrać swoją własność, ale chłopak zamknął szkicownik jedną ręką i odsunął ją na tyle, żebym nie dosięgła. Spróbowałam jeszcze raz i się udało, z tym, że szkicownik w jego dłoni ani drgnął, a ja znalazłam się zdecydowanie zbyt blisko niego. Nie przeszkadzało mu to najwyraźniej, bo nadal przyglądał mi się z tą samą ciekawością, a może nawet większą. Popatrzyłam mu w oczy, marszcząc brwi na czole z dezaprobatą. Dlaczego to robił? - Jak masz na imię? – zapytał w końcu, przerywając niezręczną i bardzo irytującą ciszę.
Wypuściłam powietrze w oburzeniu i niedowierzaniu. Najpierw nie szanuje mojej przestrzeni osobistej i szpera w moich prywatnych rzeczach i dopiero potem chce mnie poznać? Coś mu się chyba w kolejności poprzestawiało. A nawet nie! Dlaczego miałby nie szanować mnie w ogóle w jakiejkolwiek kolejności?!
- A co cię to obchodzi? – rzuciłam, zdenerwowana. Spróbowałam wyrwać mu szkicownik, ale znowu się nie udało. Próbował ukryć rozbawienie, ale widać je było wyraźnie w jego oczach i sposobie, jaki starał się powstrzymać usta od uśmiechu.
- Yang – Powiedział wyraźnie, kiedy ja siłowałam się bez większego sensu. Zupełnie zdezorientowana popatrzyłam znowu na niego. – Przedstawiłem ci się. Teraz twoja kolej. – Wyjaśnił, a mnie strasznie wkurzyło, jak grzecznie to zrobił. Poczułam się pouczana, jak… dziecko. Syknęłam pod nosem i podniosłam się z ławki, by mieć większe szanse odebrać, co moje. Z jego gardła wydobył się niski, cichy chichot. Pewnie, gdybym nie była tak wkurzona, to na ten dźwięk obudziłyby mi się w brzuchu motylki, ale to nie wchodziło w grę. Chłopak wstał zaraz po tym i teraz już nie starał się kryć rozbawienia.
- Skoro tak chcesz się bawić… - Szybkim ruchem pociągnął szkicownik, wyrywając mi go z ręki, ale, że mocno trzymałam, pociągnął mnie w swoją stronę i wpadłabym na niego, gdybym w końcu nie puściła. Uniósł go nad głowę i patrząc mi bezczelnie prosto w oczy, uniósł brwi, wysyłając nieme zaproszenie do zabawy. Która, dla jasności, nie zdawała mi się tak zabawna.
Dobra dość tego – pomyślałam, cofając się o kilka kroków w tył. Schowałam lewą rękę za plecy i zaczęłam formować swoją (nazwijmy to) magiczną broń. A tak, o tym też kiedyś opowiem, ale może innym razem.
- Ojej, poddałaś się? Tak szybko? – Otworzył znowu mój szkicownik i przeglądał strony, co jakiś czas spoglądając w moim kierunku. – No trudno, znaczy, że to nie jest dla ciebie takie ważne. Także, ja sobie to zatrzymam, nie pogniewasz się, prawda? Widzisz, a wystarczyło być grzeczną dziewczynką i kulturalnie odpowiadać na pytania. - Niewiele rozumiałam z tego, co mówił, bo skupiona byłam na tworzeniu za plecami łuku i na mojej irytacji. - Nie prawdaż? - Nagle wytrącił mnie z równowagi, kiedy trzymając w obu rękach mój szkicownik, oparł łokcie na moich ramionach. – Kkaniee?
Łuk zniknął, a ja zamarłam. Jego twarz znajdowała się mniej niż pół metra od mojej. Mogłabym z tej odległości na spokojnie policzyć wszystkie jego rzęsy. Nie miałam, jednak głowy ani do liczenia, ani do oddychania w tamtym momencie. Przywykłam do walki z mrocznymi duchami i potworami, ale do przystojnych, aroganckich typów jakoś nie miałam okazji się przyzwyczaić.
- Brak ci powietrza? – zagadnął, przekrzywiając głowę na bok, tak jak poprzednio. – Jesteś czerwona, wiesz?
Ta informacja wróciła mi trzeźwość myślenia. Odepchnęłam go od siebie i odwróciłam się bokiem, łapiąc za policzki. Faktycznie były dosyć ciepłe, a to nowość. Ja się nie rumienię, nie ze wstydu, no w życiu! Po pierwsze mój charakter na to nie pozwala, a po drugie moja cera. Nie jestem może ciemno brązowa, ale moja oliwkowa skóra zwykle nie reaguje w ten sposób na emocje.
Nie wierzę! Co się ze mną dzieje?!
- Dobrze, zróbmy tak – podjął znowu, kiedy ja próbowałam doprowadzić się do porządku emocjonalnego. – Ja oddam ci zeszycik…
- Szkicownik – poprawiłam, syknąwszy wrogo.
- No mówię. Oddam ci go, jeśli narysujesz coś specjalnie dla mnie. I z dedykacją proszę, „dla kochanego i słodkiego Yanga”. Rozumiemy się?
Miałam ochotę ryknąć w tę jego zadowoloną facjatę „w życiu, ty chory egoisto”, ale postanowiłam się opanować. I przypomniałam sobie, że na tym drzewie, pod którym się teraz znajdowaliśmy siedziała sowa, mój strażnik. Nic nie mówił, nie reagował. Zrobiło mi się trochę głupio. Nie powinnam zachowywać się tak w odpowiedzi na głupie zaczepki. Odetchnęłam kilka razy głębiej.
- Dobra. Co mam dla ciebie narysować? – zapytałam spokojniej, próbując nie patrzeć mu w oczy.
- Hm… Zastanowię się i dam ci znać.- Powiedział, chowając przedmiot za plecami. – Zapisałaś na pierwszej stronie dane kontaktowe, więc mam twój numer, zgadza się?
- Tak – Zwyzywałam samą siebie w myślach za ten przebłysk geniuszu. Po co komu w szkicowniku strona kontaktowa? Poza tym nigdy nie zgubiłam szkicownika, a teraz jakiś gangster ma mój numer telefonu.
- W takim razie spotkajmy się tu jutro o tej samej godzinie. Jest… - zerknął na wyświetlacz w telefonie i podał godzinę. Potem pożegnał się i na odchodne puścił mi oczko. Odchodząc jeszcze obrócił się ze dwa razy, żeby na mnie spojrzeć, a ja stałam w tym samym miejscu, dochodząc do siebie.
- Kkaniee, wszystko gra? – zapytała Nabi, gdy do mnie podeszła. – Mówiłam, że to zajmie tylko chwilkę, babcia się zgodziła, jak zawsze z resztą. – Wtedy dostrzegła chłopaka, którego wciąż odprowadzałam wzrokiem. Był już daleko i właśnie znikał w alejce między blokami. – Kto to był?
- Złodziej – mruknęłam, niezadowolona. Podeszłam do ławki, zabrałam swój plecak i skierowałam się w stronę przystanku.
- Jak… Co? Jaki złodziej? Kkaniee!
Opowiedziałam jej całą sytuację w pociągu. Zapomniałam tylko, jak miał na imię ten typ. Poważnie! Wiem, że mi się przedstawił, ale działały we mnie tak silne emocje, że nie zarejestrowałam w głowie tych informacji. Zdecydowałam, że nie powiem o tym zdarzeniu mamie. Mojemu strażnikowi też bym nie mówiła, ale wszystko pewnie widział, więc zakładałam, że po powrocie do domu będzie na mnie czekała poważna rozmowa puchacza z człowiekiem.
2
W I E
L K I E E M O C J E
Do Jinshil jechałyśmy pół godziny. Na piechotę przeszłam ze stacji do domu i już w progu dałam znać o swoim przybyciu. Ściany odpowiedziały mi głuchą ciszą.
Nasz dom nie był zbyt duży, choć może z zewnątrz wydawało się inaczej. Miał chyba z pięćdziesiąt lat, więc kiedy się tu wprowadziliśmy, gnieździliśmy się we troje w jednej sypialni na dole – ja, mama i Symeon, mój młodszy brat. Choć wprawdzie wtedy nikomu to nie przeszkadzało. Przeprowadziliśmy się tu po śmierci mojego ojca, za namową Marcelego, mojego strażnika (wspominałam już o nim, pamiętacie? Różowa sowa?). Podobno uciekaliśmy ze względu na mnie, a raczej moje bezpieczeństwo. Coś złego mi groziło, ale dotąd nie jestem pewna, o co dokładnie chodziło.
Ten dom przeszedł gruntowny remont i w końcu zamienił się w ciepłe, przytulne gniazdko. Na strychu są teraz dwie sypialnie – moja i Symeona – i łazienka. Na dole mamy ciasną kuchnię, w której ledwo się we troje na raz mieścimy, toaleta, mini salon i sypialnia mamy.
Zaczęłam się zastanawiać, dlaczego nikt nie odezwał się, kiedy zawołałam, że już wróciłam.
Co jeśli Marceli już wszystko opowiedział mamie? – pomyślałam. Nie wiem, po co miałby to robić, ale kto wie?
Po tym jak już ściągnęłam buty w przedsionku, przeszłam do korytarza i zerknęłam w prawo do kuchni. Nie mamy w niej drzwi, tylko łuk. Nikogo nie zobaczyłam. Przeszłam trzy kroki dalej i skręciłam w lewo, do saloniku. Mama siedziała na kanapie i przeglądała zdjęcia. Trzymała w ręku jedno, bardzo stare.
- Mamo – odezwałam się cicho. Podniosła na mnie wzrok i wytarła policzki. – Coś się stało? – zapytałam, podchodząc bliżej. Usiadłam obok niej, a ona uśmiechnęła się do mnie i przytuliła mnie .
- Wszystko w porządku, kochanie – odpowiedziała, głaszcząc mnie delikatnie po włosach. Wzięłam do ręki zdjęcie, które trzymała w palcach. Mama tańczyła na nim z tatą i byli szczęśliwi. Byli w sobie bardzo zakochani. Pamiętam nawet z dzieciństwa, jak tata na nią patrzył. Jakby była najpiękniejszą istotą we wszechświecie i jakby nic innego się nie liczyło. Mnie i Symeona kochał równie mocno. Był najlepszym ojcem, jakiego widziała ta planeta, ale ta romantyczna miłość pomiędzy nimi była niespotykana.
- Ładnie razem wyglądaliście – powiedziałam, a mama pokiwała głową.
- Twój ojciec był baaardzo przystojny – powiedziała, uśmiechając się, jak nastolatka, mówiąca o chłopcu, który jej się podobał. Właśnie to sprawiało, że była dla mnie, jak przyjaciółka i siostra, nie tylko matka. Mogłam z nią porozmawiać o wszystkim, wiedząc, że mnie zrozumie, a jeśli nie, to będzie próbowała. – Masz jego oczy – dodała, odgarniając mi kosmyki włosów za ucho. – Tak samo ciemne i głębokie. Jak ciepła gorethańska noc. I nosisz jego Dar wewnątrz siebie.
Położyła dłoń na mojej klatce piersiowej, przykrywając mój medalion. Należał wcześniej do niego. Mam też taki sam Dar, czyli Ducha. Był jedynym Wojownikiem Królestwa o tym Darze, którego znałam i o którym wiedziałam. Miał mnie trenować…
- Tęsknisz za nim? – bardziej stwierdziłam niż zapytałam. I chyba też mówiłam do siebie.
- Nie ma sekundy, w której by mi go nie brakowało – odparła. – Ale teraz czeka na nas w domu Króla i przygotowuje tam dla nas mieszkanie. Jeszcze się z nim zobaczymy, słonko.
Ona też chyba mówiła do siebie.
- Chciałabym – zaczęła po chwili milczącego wpatrywania się w zdjęcie. – Chciałabym, żebyś ty także znalazła w swoim życiu… kogoś kto będzie cię tak kochał, jak twój ojciec kochał mnie. Kogoś, kto będzie o ciebie walczył i zrobi wszystko, żebyś była szczęśliwa.
Z korytarza dobiegło dudnienie stóp o schody. Zupełnie, jakby ktoś z samej góry wywalił worek kartofli. Symeon wbiegł do saloniku i oburzył się zaraz, krzyżując ręce na piersi.
- Znowu gadacie beze mnie o tacie – rzucił, oskarżająco. Miał niewiele ponad dwa i pół roku, kiedy tata zginął na wojnie. Nie pamiętał go prawie wcale i bardzo przez to cierpiał, szczególnie, kiedy był młodszy. W tym roku kończył dziesięć lat i starał się być bardzo odpowiedzialnym. To w końcu jedyny mężczyzna w tej rodzinie.
- Chodź, tu do nas – mama zaprosiła go, by usiadł na kanapie między nami. Razem oglądaliśmy kilka starych zdjęć z młodości rodziców i kiedy my byliśmy mali.
Mama opowiadała nam o tacie cały wieczór, a później poszłam do pokoju. Włączyłam tylko stare żarówki na kablu, wiszące pod sufitem i podeszłam do biurka. Nad nim, na specjalnej półce sypialnej (tak ją nazywałam, chociaż on wcale na niej nie sypiał) siedział różowy puchacz. Patrzył na mnie uważnie swoimi oczyma drapieżnika, kiedy wyciągałam książki z plecaka.
A gdzie twój szkicownik? – odezwał się w mojej głowie.
- Daj spokój, przecież wszystko widziałeś.
Sowa odbiła się od półki, przeleciała nade mną (albo raczej przeskoczyła? W moim pokoju nie było szczególnie dużo miejsca na takie akrobacje) i w powietrzu przemieniła się w wysoką, jaśniejącą blaskiem postać. Marceli w swojej serafiej formie miał na ogół ponad dwa metry, ale dla mnie dopasował swój wzrost, żebym nie musiała łamać sobie karku podczas rozmowy z nim. Tak, żeby wam opisać, jak wyglądają ciała serafich strażników… Trochę jak ogromne diamenty. Mienią się milionem kolorów i są jakby prześwitujący. Mają dwie pary ogromnych, białych skrzydeł i zamiast normalnych ubrań, noszą zbroje. Prawdziwe formy strażników są niewidoczne gołym okiem dla nie-Medalionów. Aby serafów można było zobaczyć, przybierają swoje zwierzęce lub ludzkie formy. O! A najlepsze jest to, że każdy strażnik opiekuje się innym gatunkiem zwierzęcia i w takie się przemienia. Swoje ludzkie, materialne formy przybierają, kiedy staje się to konieczne, czyli w ostateczności. A ostateczności, jak pewnie się domyślacie, rzadko się zdarzają. I dlatego niewielu zwykłych ludzi wierzy w ich istnienie.
Marceli zmaterializował swoją formę, przez co wyglądał prawie jak człowiek. Gdyby nie to, że był nieludzko idealny w każdym calu i te ogromne skrzydła, złożone za plecami.
Wziął sobie krzesełko, które stało obok mojego łóżka, pod oknem, strzepał z niego niewidzialny kurz i usiadł twarzą do mnie, zakładając nogę na nogę.
Westchnęłam. Skrzyżowałam ręce na piersi, oparłam się tyłem o biurko i czekałam.
- Czy chciałabyś sama wytłumaczyć mi, co takiego wydarzyło się dzisiaj w mieście? – zapytał spokojnie, wiercąc swoim wzrokiem dziurę w mojej duszy. Zastanowiłam się przez chwilę, patrząc w sufit, aż w końcu pokręciłam głową na boki. Prawda jest taka, że nie miałam zielonego pojęcia, co się wtedy wydarzyło.
- Pomijając fakt, że próbowałaś użyć broni przeciwko bezbronnemu człowiekowi…
- Bezbronnemu? – weszłam mu w słowo, urażona z jakiegoś powodu. Miał rację, w walce przeciwko moim umiejętnościom ten chłopak nie miałby żadnych szans. Ale w tamtym momencie to ja czułam się bezbronna i w dodatku nękana. To ja próbowałam się bronić. – Przykro mi, że nie mam twoich ponadnaturalnych umiejętności odczytywania ludzkich intencji, ale bałam się wtedy o swoje życie.
Wysłuchawszy moich słów obrony, uniósł jedną brew ku górze.
- No co?! – wyrzuciłam ze złością ręce w górę.
- Po pierwsze, nie odzywaj się do mnie tym tonem – powiedział poważnie, a ja obraziłam się, jak pięciolatka, odwracając głowę w innym kierunku, a ręce znowu skrzyżowałam na piersi. – Po drugie – akurat umiejętność odczytywania intencji innych ludzi posiadasz. Jedynym problemem jest to, jak poddajesz się swoim emocjom. Czyli dokładne przeciwieństwo tego, czego cię uczę.
- Nie mogę się czasami czegoś wystraszyć? Nie mogę już nic czuć?
- Nic takiego nie powiedziałem i doskonale zdajesz sobie z tego sprawę. – Przez chwilę panowała cisza. Ja jednocześnie czułam złość i smutek i wstyd, a on dawał mi przestrzeń, żebym się z tym wszystkim uporała. W końcu wstał z krzesełka i podszedł do mnie powoli. Widziałam to kątem oka i czułam, jak zaciska mi się gardło i łzy podchodzą do oczu. Wcale się nie ruszałam, ale on chwycił mnie za ramiona i przysunął do siebie, żeby po chwili przytulić. Nie wiem, co dokładnie spowodowało, że zaczęłam płakać. Miałam do tego mnóstwo powodów i może to był moment słabości. A może zbliżał mi się okres, czy coś. Trudno stwierdzić. Miałam siedemnaście lat i czułam, że dźwigam ciężar całego świata na swoich ramionach.
- Kkaniee – zaczął powoli, kojącym tonem. – Wiem, że nigdy nie zastąpię twojego ojca. Nie będę nawet próbował. Ale pamiętaj, że jestem dla ciebie. Jestem twoim opiekunem i żyję po to, żebyś ty była bezpieczna, zdrowa i silna. – Odchylił się lekko i uniósł mój podbródek, żeby spojrzeć mi w oczy. Kiedy patrzyłam w te jego, to tak, jakbym zanurzała się w spokojnym oceanie, pełnym gwiazd. – I jestem po to, żebyś ty była szczęśliwa. Nigdy nie pozwolę cię skrzywdzić.
Wiem, że tak powiedziałby tata. Rozkleiłam się wtedy całkiem i wtuliłam mocno w jego pierś.
Marceli nie był dla mnie, jak ojciec, ale więź pomiędzy wojownikiem, a strażnikiem to coś bardzo szczególnego i równie ważnego. Nie można tych relacji przyrównać do żadnych innych, ani zbyt dokładnie wyjaśnić. Te relacje trzeba zbudować i doświadczyć, żeby zrozumieć.
Gdy już się uspokoiłam, Marceli postanowił zostawić mnie samą na jakiś czas, więc po prostu zniknął. Ja wtedy usiadłam na obrotowym krześle przy biurku i omiotłam je spojrzeniem. Wśród książek, które wcześniej wypakowałam brakowało szkicownika, więc odruchowo, wsunęłam rękę do plecaka i wtedy przypomniałam sobie, że został on ode mnie pożyczony. Cała ta sytuacja, która wydarzyła się pod blokiem babci Nabi była jakaś dziwna. Gdyby ten typ chciał mnie okraść, wziąłby mój telefon. Z drugiej strony nie wyglądał na złodzieja. Fakt, pobił się z kimś chwilę, zanim usiadł obok mnie, ale generalnie wyglądał na zadbanego, młodego człowieka. Nie śmierdział, nawet całkiem ładnie pachniał. Włosy miał trochę roztrzepane, ale widać było, że wcześniej musiał je układać. Na twarzy nie miał żadnych pryszczy, przebarwień, ani zmarszczek. Wyglądał, jak model. Co tam model, wyglądał, jak seraf! Ale nie mógł być serafem, oni nie krwawią. I na pewno się tak nie zachowują!
Mój telefon zawibrował w plecaku. Wyciągnęłam go i otworzyłam wiadomość, która wyskoczyła na ekranie startowym. Numer był nieznajomy, a wiadomość zawierała tylko zdjęcie. Jego twarz. Musiał je zrobić tego samego dnia, bo nawet nie zmył zaschniętej krwi w okolicy dolnej wargi, a siniak na policzku wydawał się powoli dojrzewać. Poza tym był przystojny. Nawet bardzo. Wiem, że wspominałam o tym już wystarczająco wiele razy. Chciałam najwyraźniej bardzo mocno podkreślić, że jego wygląd był nadzwyczajny i niespotykany. Nie twierdzę, że był najpiękniejszą istotą, chodzącą po Hallitarze – z pewnością w samym Thornilu są setki równie pięknych ludzi. Ja natomiast nigdy wcześniej nikogo podobnego nie spotkałam w swoim życiu. Tylko Khaleba, ale on chyba nie był człowiekiem, a przede wszystkim był dla mnie za stary. Wychowywał się z moim dziadkiem, ok?
Nie ważne! Chwilę później dostałam kolejną wiadomość, tym razem tekstową.
„Pamiętaj o dedykacji” I znowu: „Słodkich snów, KK”.
Zmarszczyłam brwi, nie rozumiejąc tego skrótu. Zdawałam sobie sprawę, że jeszcze nie wszystko w mowie Halldarczyków ma dla mnie sens, szczególnie slang młodych dorosłych i nastolatków. Wyszłam z założenia, że to jedna z tych sytuacji.
Poszukałam wolnej kartki i swoich ołówków.
- Rany, nie wierzę, że to robię – mruknęłam do siebie, zanim wzięłam się do rysowania.
Nie pamiętam, jak długo nad tym siedziałam, ale obudziłam się w środku nocy z twarzą w kartce. Uznałam, że należałoby przenieść się do łóżka, więc tylko przebrałam się w wygodną, o wiele za dużą koszulkę, którą pewnie zostawił kiedyś u mnie Chris. Nie, żeby cokolwiek było między nami! Poza przyjaźnią, oczywiście. Po prostu, bardzo często razem trenowaliśmy i czasami mocno się przy tym wybrudziliśmy, a że on mieszka niedaleko, to latem moja mama czasami prała mu ubrania, a on szedł przez miasteczko półnagi do domu. Nie twierdzę, że popieram takie zachowanie, ale skoro jemu było wszystko jedno, dlaczego ja miałabym się przejmować? Poza tym miałam dzięki temu super wygodną piżamę. A nawet kilka…
Rano spakowałam wszystkie potrzebne rzeczy do plecaka, włącznie z rysunkiem – ten włożyłam między kartki książki o historii Halldaru. Do szkoły z Jinshil jechałam razem z moimi przyjaciółmi. Wszyscy czuli się świetnie, słońce świeciło i było ciepło. Chris gadał głupoty, Nabi pokazywała mi zdjęcia z najnowszej sesji zdjęciowej Noah Moss, jej ostatnio ulubionego piosenkarza, a Luke starał się nadążać za słowotokiem Chrisa, chociaż wyglądał jakby się nie wyspał. Bardziej niż zwykle.
Lekcje mijały szybko i spokojnie, bez większych trudności. Z względu na to, że był to ostatni tydzień zajęć, nauczyciele nie zawalali nas pracą. Nie miałam zatem nic, czym mogłabym odciągnąć myśli od zadania na ten dzień, jakim była wymiana portretu na mój szkicownik, dlatego odczuwałam lekki stres. Gdzieś w środku zajęć z historii przyszedł mi do głowy pewien pomysł.
Ponieważ nauczyciel, z którym zwykle mieliśmy te zajęcia, wyjechał wcześniej na urlop połączyli naszą grupę z klasą o rok starszą, w której był Chris, więc mogłam od razu wdrożyć go w życie. Mój pomysł. Nie Chrisa.
Siedział w pojedynczej ławce pod oknami po mojej lewej.
- Chris – szepnęłam do chłopaka. Oczywiście mnie nie usłyszał. – Chris – powtórzyłam trochę głośniej. Wtedy już dotarło do niego, że ktoś coś od niego chce, ale nie od razu wpadł na mój trop. Z początku rozglądał się powoli po sali, aż trafił na mnie. Uśmiechnął się, jakby chciał powiedzieć „o hej! Ty, ktoś mnie wołał, nie wiesz może, kto?”. No i zaczął rozglądać się dalej. Wzniosłam oczy do sufitu. Jak mogłam zapytać go o coś, nie robiąc przy tym hałasu? Wyrzucenie kartki odpadało. Ktoś mógł to zobaczyć przypadkiem, a chciałam uniknąć wszelkich niepotrzebnych nieporozumień. Wzięłam telefon do ręki i wystukałam kilka słów, bardzo dyskretnie, tak by kobieta, która miała z nami zastępstwo nie zauważyła. Nie robiliśmy nic ważnego, mieliśmy po prostu w spokoju przeczekać do końca zajęć, ale i tak w klasach panował zakaz używania urządzeń elektronicznych.
Wiadomość brzmiała „Idziesz dzisiaj może do rodziców?”, ale on nie dał rady jej odczytać, bo jego telefon dał bardzo głośny sygnał o otrzymaniu wiadomości. Został wywalony za drzwi, a ja próbowałam schować się za swoimi włosami, zawstydzona, że to przeze mnie został ukarany i jednocześnie zirytowana, że też musiał mieć tak głośno ustawione powiadomienia.
Nagle to mój telefon zawibrował, a ja podskoczyłam na krześle, zaskoczona, czując jakby bomba strachu we mnie eksplodowała. Taki nagły wybuch stresu, to fizyczny ból, serio!
- Panno Norado – odezwała się twardo nauczycielka. Wrzuciłam sobie telefon na kolana i podparłam brodę na dłoni, jak gdyby nigdy nic, patrząc jej prosto w oczy. - Czy chciałaby pani dołączyć do swojego kolegi na korytarzu?
Te klasy miały okna po obu stronach. Lewe wyglądały na dziedziniec szkoły, a te w prawej ścianie na korytarz. Zerknęłam tam tylko po to, żeby zobaczyć, jak Chris przez szybę patrzy mi prosto w oczy i puka się palcem w czoło z rozbawieniem. Daję słowo, że kiedyś przez niego zejdę na zawał.
Popatrzyłam znowu na nauczycielkę i pokręciłam przecząco głową. Oczywiście, że nie zostałam ukarana. Byłam jedną z najlepszych uczniów. Więc, kiedy emocje opadły, a nauczycielka przestała zwracać uwagę na cokolwiek, wzięłam znowu do ręki telefon i odczytałam wiadomość od Chrisa.
„Mogę iść, a co?”
Zajęcia dobiegły końca i mogliśmy wyjść z sali. Podeszłam do podnoszącego się z podłogi przyjaciela.
- Chris, przepraszam cię strasznie, to moja wina – zaczęłam pokornie, po czym syknęłam – Ale musiałeś mieć tak głośno ustawiony ten telefon? – walnęłam go w ramię. Nic go to nie zabolało. Ten chłopak ma metr dziewięćdziesiąt i Dar Żelaznej Zbroi, co znaczy, że jest silniejszy niż przeciętny dorosły mężczyzna. Chociaż nie widać tego po nim na pierwszy rzut oka. Wygląda, jak bardzo wysoki, szczupły (ale nie chudy) chłopak. Co ma pod ubraniami, to ja nie będę opisywała. Jakoś źle bym się z tym czuła. Szliśmy powoli z prądem nastolatków, zmierzających na przerwę w kierunku wyjścia na dziedziniec.
- Ej, przez ciebie zostałem wywalony z zajęć – mruknął, rozbawiony. – Nie wolno używać telefonów w klasach, cwaniaku. Zawsze jesteś taka niegrzeczna na zajęciach?
- Nie – wzruszyłam ramionami. – Ale teraz mam do ciebie ważną sprawę.
- A, tak! Chcesz iść do moich rodziców?
- Nie, nie. Mam coś do załatwienia w Silli Północnej. – Chłopak zatrzymał się nagle, ze wzrokiem utkwionym we mnie. Cofnęłam się do niego i pociągnęłam go za łokieć do przodu. – No chodź, nie rób sceny.
- Co ty masz do załatwienia w Silli?
- Ale północnej, tam nie jest aż tak źle… - powtarzałam słowo w słowo to, co wcześniej wciskała mi Nabi.
- Kkaniee, co ty opowiadasz? – teraz to on mnie zatrzymał i pociągnął bliżej ściany, żeby nie stratowali nas przechodzący po korytarzu uczniowie. – Nic z tego nie rozumiem, coś się stało? Masz jakieś kłopoty?
Chris zazwyczaj zgrywał półgłówka i wiecznie uśmiechnięte dziecko szczęścia, ale potrafił zachować się odpowiedzialnie, kiedy było trzeba. Czasami zapominałam o tym, że był ode mnie starszy i że też był wojownikiem. Zachowywał się jak dzieciak i tak go traktowałam. Powinien znać prawdę. Ale było mi tak strasznie głupio, że dałam sobie ukraść szkicownik.
- Dobrze, już dobrze, uspokój się…
- Jestem super spokojny. Chyba nie widziałaś mnie zdenerwowanego.
- Ale martwisz się, a…
- Oczywiście, że się martwię, Kkaniee – zmusił mnie, żebym spojrzała mu w oczy. – Wychowywałem się tam, pamiętasz? No może nie akurat w północnej, ale jak mam być szczery, nie ma żadnej różnicy. Silla, to Silla.
- Okej, zgadzam się – przyznałam, zmęczona sytuacją, jaką wywołałam. Jakoś, kiedy Chris patrzył na mnie tym wzrokiem, wszystko to wydało mi się o wiele bardziej niebezpieczne, niż przedtem. – Dobrze, wychodzi na to, że chyba jednak mam problem. Ale to nic wielkiego, spokojnie! – Czekał spokojnie, aż przejdę do rzeczy. – Wczoraj poszłam z Nabi do jej babci. Ona weszła do środka, a ja czekałam na zewnątrz.
- Na klatce?
- N-nie, na dworze. Siedziałam na ławce.
- Okej? – nadal czekał.
- I wtedy dosiadł się do mnie ten chłopak… - Zmarszczył brwi, nadal słuchając uważnie. – E… trochę mnie pozaczepiał i…
- Zaczepiał? – podłapał, zdenerwowany. – Zrobił ci coś? Skrzywdził cię?
- Nie, nic mi nie zrobił – westchnęłam głęboko. - Tylko zabrał mi szkicownik.
- Szkicownik? – powtórzył, zbity z tropu. – Szkicownik. I tyle? – Pokiwałam głową. - No cóż… Przykro mi, to musiało być dla ciebie trudne. Ale hej, popatrz na pozytywy, teraz będziesz mogła kupić sobie nowy! – poklepał mnie po ramieniu i ruszył do przodu. Zamrugałam szybciej, zdezorientowana. Przed chwilą cały się spinał na myśl, że mogło mi się coś stać i nagle mu przeszło? – Mogę nawet iść z tobą do sklepu, jak chcesz – rzucił przez ramię. Ruszyłam za nim i zrównałam z nim kroku.
- Chris! Musisz iść tam ze mną. Proszę - powiedziałam przeciągle.
– Nic innego ci nie zginęło?
- Nie.
- Pieniądze, telefon, słuchawki – wymieniał, a ja odpowiadałam przecząco. - No co ty, to się w ogóle nie opłaca – pokręcił głową, nieprzekonany.
- Krzysiuuu – jęknęłam, zatrzymując go ponownie. Ten wzniósł wzrok w sufit i westchnął. – Proszę cię, no. Nie widzisz, jak proszę?
Popatrzył na mnie w dół i mruknął niezadowolone „no widzę”.
- Dla mnie to się opłaca. Wiem, że ty tego nie rozumiesz, ale ja… - przypomniałam sobie, jak dałam się omotać dziwnymi emocjami, jak poległam i dałam się okraść. Stać mnie na więcej. Powinnam była być silniejsza, powinnam zachować się dojrzalej. – Ja przegrałam to… w cokolwiek ze mną grał i… - wkurzyłam się, a Chris przyglądał mi się ciągle uważnie. Trzymał swój plecak za jedną rączkę na ramieniu i stukał w nią palcem. – I ten szkicownik jest dla mnie ważny. Są tam moje uczucia, moje marzenia, moje dane osobowe.
- Tak strasznie ci na tym zależy?
- Tak. A poza tym… obiecałam mu, że – zawahałam się. Już czułam, jak głupio to zabrzmi. – Że narysuję coś dla niego – dokończyłam cicho.
- Co? – Patrzył na mnie, jak na ostatnią idiotkę. – Umówiłaś się z nim?
- Nie umówiłam, po prostu, no… - wow, kiedy on to powiedział, poczułam się jeszcze głupiej niż dotąd. – Dobra, umówiłam się z nim. Ale po prostu muszę to zrobić, błagam, pomóż!
- Nie wierzę, że rozmawiam z Kkaniee Norado – Kręcił głową z niedowierzaniem. – Stara, to ja jestem od odwalania takich głupich numerów.
- No wiem…
- Wiesz? – a to go, jakby uraziło, więc szybko wróciłam do tematu.
- Ale zobacz, teraz jesteśmy tutaj i proszę cię, żebyś mi pomógł, to chyba trochę mądrzejsze, nie?
- Tylko nie rozumiem, po co to wszystko. Okej, emocje, uczucia, ale to samo sobie możesz zrobić w nowym szkicowniku, po co taka eskapada na slumsy, żeby oddać złodziejowi jakiś rysunek? – On w ogóle rzadko rozumiał, co się wokół niego działo, ale w tamtym momencie prawie się spocił z wysiłku, próbując znaleźć w tym wszystkim sens. Tym razem jednak, nawet ja nie potrafiłam go odnaleźć. Miał rację, to nie miało najmniejszego sensu. Ale nie mogłam zmienić zdania po tym wszystkim. Pół nocy gościa rysowałam, nie wyspałam się, przeze mnie Chris wyleciał z zajęć. I w dodatku przyznałam się do głupiego błędu. Musiałam to naprawić!
- Umowa, to umowa.
- To tylko jakiś obcy typ z Silli. I w dodatku cię okradł.
- Umowa, to umowa – powtórzyłam mocniej. Chłopak wahał się jeszcze przez chwilę.
- Dobra – bąknął w końcu, a mi ulżyło. – Ale jak się będzie sadził, to go zmiażdżę.
- Przestań! – skarciłam go, zdegustowana, bo wyobraziłam sobie ludzkiego naleśnika, pod uderzeniem złotej zbroi mojego przyjaciela. Nigdy jeszcze żadne z nas nie zraniło żywego nie-Medaliona, było to zabronione, ale on miał problemy z emocjami i chociaż nie widziałam, żeby kogoś tak skrzywdził (z Darem czy bez niego), to czasami gadał okropne rzeczy.
- Ciekaw jestem, jak Marcel na to wszystko zareagował.
- Właściwie, zniósł to lepiej od ciebie – odparłam z uśmiechem.
3
W Y M I A N A
- Czyli o co mu właściwie chodziło?
Siedzieliśmy pod blokiem w którym mieszkała babcia Nabi i cały czas gadaliśmy o tej abstrakcyjnej sytuacji. Chłopak spóźniał się, a ja stresowałam coraz bardziej.
Wzruszyłam ramionami, tupiąc nogą w betonowe płytki.
- Ty, a może zrobimy rekonstrukcję wydarzeń – wypalił nagle. Poderwał się z ławki i stanął przede mną. – Jak to było?
- Nie no, daj spokój...
- Dawaj, opowiadaj, jak to było – polecił i klasnął w dłonie energicznie. – Ty tu siedziałaś, tak jak teraz, tak? Miałaś włosy w kucyk?
- Nie, miałam rozpuszczone – zanim dokończyłam, podszedł do mnie i ściągnął mi z głowy grubą gumkę, a moje włosy, długie na jakiś metr dwadzieścia, opadły mi ciężko na plecy i ramiona. – Ej!
- Weź to jakoś ten – próbował doprowadzić moją nową fryzurę do porządku, ale mu nie szło, więc odgoniłam od siebie jego ręce. Z resztą, kto chciałby powierzyć swoje włosy komuś, kto farbuje ciemne, prawie czarne włosy na żółtawy odcień blondu? Przeczesałam lekko poplątane kosmyki palcami, niezadowolona z tych niekonwencjonalnych metod dochodzenia do rzeczy absolutnie nieistotnej. Chris w tym czasie przeszedł kilka kroków dalej i odwrócił się w moją stronę, by odtworzyć drogę, którą poprzedniego dnia szedł tamten chłopak. Podniosłam na niego swój wzrok i zobaczyłam, jak nagle zwalnia kroku i zatrzymuje się, wpatrzony we mnie.
- Wow – szepnął pod nosem, a ja wygięłam brwi, nie rozumiejąc jego reakcji.
- Co jest?
– Ty wiesz, jak ty wyglądasz? - posłałam mu zdezorientowane spojrzenie. - W tym świetle włosy ci się mienią złotem i e... kurcze... - uśmiechnął się szeroko. – Kurcze, nawet nie wiedziałem, że mam taką śliczną przyjaciółkę! – powiedział z podziwem i dumą, podpierając się pod boki. Jakby to była tylko jego zasługa, że się znamy i przyjaźnimy tyle lat.
Faktycznie, zachodzące słońce padało na mnie od strony, z której szedł i już ktoś mi kiedyś mówił, że moje włosy mienią się w słońcu, jakby były przeplatane złotem.
Miło mi się zrobiło, więc zaśmiałam się cicho, jednak za chwilę spojrzałam na niego, skonsternowana.
- Co to znaczy, że nie wiedziałeś?
Wzruszył ramionami.
- Zwykle wyglądasz, jak nerd – parsknął śmiechem, a ja wstałam, żeby go walnąć. – Ale to nic złego! – wołał ze śmiechem – Nie mogą być na tej planecie tylko fajni ludzie, nerdy też są potrzebne!
- Czyli wyglądam jak nerd i nie jestem fajna, tak? – dopytałam, żebyśmy oboje wiedzieli, czym mnie obraził. – Tak właśnie o mnie myślisz?
- Ale czymże byłoby moje życie bez takiego nerda, Kkaniee, zrozum! – Złapał moje ręce w swoją jedną, wielką łapę i przycisnął do siebie w okropnym uścisku, z którego usiłowałam się wyswobodzić. – Hallitar potrzebuje twojej nerdowatości...
Próbowałam się nie śmiać, ale po tym tekście i w tej sytuacji nie wytrzymałam, przy czym prawie go oplułam. W końcu mnie puścił, ale jeszcze dostał nieszkodliwego kopa w kolano na zakończenie zabawy.
Kątem oka zauważyłam na chodniku cień, zbliżający się w naszą stronę. Popatrzyłam w tamtym kierunku i jak się okazało, nadchodził wreszcie nasz złodziej. W zasadzie, to mój złodziej. Znaczy złodziej mojego szkicownika. Mniejsza...
Odgarnęłam włosy za prawe ucho, wsunęłam dłonie do kieszeni spodni i odetchnęłam głęboko. Chłopak zatrzymał się jakieś dwa metry przede mną, a Chris stanął znacznie bliżej, prawie dotykając mojego ramienia swoim.
Mimo, że wieczór był bardzo ciepły, stojący przede mną chłopak miał na sobie czarną bluzę z kapturem. Wprawdzie rozpiętą, a kaptur zwisał z jego ramion na plecy, ale nadal wydawało mi się to niezbyt potrzebne. Chyba, że miał jakieś skłonności do marznięcia w upały. Nie wiem, Halldarianie to dla mnie nadal tajemnica, nawet po siedmiu latach życia w ich kraju. Do tego nosił czarne, spodnie, zgodne z modą nastolatków, których mijałam po zajęciach w mieście. Włosy w zamierzonym nieładzie opadały na prawą stronę czoła, a kilka kosmyków zachodziło mu niesfornie na oczy.
- Cześć – przywitał się pierwszy, patrząc mi w oczy. Zerknęłam w górę na Chrisa, by zobaczyć, jak z pełną powagą mierzy go chłodnym spojrzeniem.
- Cześć – odpowiedziałam.
- Twój chłopak? – zapytał, kiwając głową na przyjaciela, stojącego tuż obok mnie. Blondyn był ode mnie dużo wyższy i musiał wyglądać obok mnie jak wynajęty ochroniarz. Szczególnie z tak poważną miną na tej jego piegowatej twarzy. Jakoś do niego nie pasowała ta kamienna postawa, ale lepsze to, niż rzucanie nieśmiesznymi żartami na prawo i lewo i zgrywanie klauna.
- E, nie, to... - poczułam nagłą potrzebę wytłumaczenia naszych relacji, ale Chris wszedł mi w słowo. I to chyba lepiej, bo moje działanie nie miało logicznego uzasadnienia. Niby dlaczego miałabym się tłumaczyć?
- Nawet gdyby, to nie twoja sprawa – rzucił bez większych emocji w głosie, co mnie uspokoiło i nawet mi trochę zaimponowało. Znałam go jeszcze, zanim doczekał się swojego medalionu i strażnika. Widziałam, jak bardzo się zmienił od tamtego czasu, o ile lepiej radził sobie z agresją, z którą kiedyś miał ogromny problem. Żaden psycholog nie potrafił mu wtedy pomóc. Mizu natomiast była świetną nauczycielką i opiekunką, a przede wszystkim strażnikiem. Na pewno razem z Marcelim czuwali przy nas gdzieś w wymiarze duchowym.
- Nie ciebie pytałem – odpowiedział mu chłodno chłopak w czarnej bluzie.
- Nie musiałeś. Przyszliśmy tu tylko po...
- Dobrze, dzięki, Chris, już sobie poradzę – przerwałam, dotykając jego przedramienia. Potem skierowałam się do swojego plecaka, by wyjąć z niego rysunek i podeszłam z nim do chłopaka. Przez moment jeszcze mierzyli się spojrzeniami, a w końcu brunet przede mną przeniósł swój wzrok na moją twarz. Kąciki jego ust jak gdyby drgnęły nieznacznie, kiedy spojrzał mi w oczy.
- Mam to, o co prosiłeś – oznajmiłam, starając się wyglądać twardo. Ciężko było, kiedy czułam na sobie jego spojrzenie tak intensywne, jakby mnie nim dotykał po twarzy. Wiem, że to nie możliwe, ale czułam się przez niego zaczarowana. Był zwykłym facetem, a ja w jego obecności rozbijałam się emocjonalnie pomiędzy stresem, ciekawością i niezrozumiałą fascynacją. Ani trochę nie podobała mi się ta burza wewnątrz i dlatego wzbierała we mnie frustracja, którą potrafiłam wyrzucić z siebie tylko złością. To z kolei wcale nie podobało mi się bardziej. – Gdzie mój szkicownik?
- Ah, tak... Czy mogę najpierw zobaczyć rysunek? – poprosił z tym samym sztucznym wyrafinowaniem, którego używał poprzedniego dnia. Sytuacja była o tyle komiczna, że atmosfera między naszą trójką była tak poważna i napięta, jakbyśmy co najmniej realizowali wymianę nielegalnej bron. A przynajmniej ja miałam takie wrażenie.
Opuściłam wzrok na kartkę, którą trzymałam w rękach.
- Jaką mogę mieć pewność, że tak po prostu nie zabierzesz mi i tego?
- Te twoje rysunki... - Zmrużył oczy, przyglądając mi się z zaciekawieniem. – Muszą być dla ciebie ogromnie ważne, co?
Z jakiegoś powodu zabrzmiało to dla mnie, jak groźba. Popatrzyłam znów na niego.
- Tak – odparłam pewnie. To chyba logiczne, skoro zdecydowałam się na cały ten cyrk, pomyślałam.
- Spokojnie, nie musisz się o to martwić. Nie jestem złodziejem – zapewnił, a zza moich pleców dobiegło nas parsknięcie. Chłopak przeniósł niezadowolone spojrzenie na Chrisa, ale za moment na powrót skupił się na mnie. – Sprawdzę tylko, czy warunki umowy zostały spełnione.
- Dobra, ale ja trzymam – powiedziałam, zniecierpliwiona i pokazałam mu rysunek. Kiedy na niego patrzył, jego oczy wydawały się uśmiechać, chociaż reszta twarzy nie zdradzała wielu emocji. Chyba mu się podobało, chociaż... W pewnym momencie zmarszczył brwi i wydobył z siebie cichy, pomruk, niezadowolenia.
- Niestety, nie widzę powodów, aby nasza umowa została sfinalizowana.
- Co? Ale... chwila, jak to?
- Nie spełniłaś mojej prośby – wytłumaczył.
- Oczywiście, że... - Chciałam zaprzeczać i bronić swojej racji, ale w pół słowa zdałam sobie sprawę, że to bez sensu. - A jakiej tam prośby! To jest zwyczajny szantaż – syknęłam, zirytowana obrotem spraw. Nie tak to miało wyglądać i miałam już tego wszystkiego powyżej uszu. Powyżej uszu Chrisa! Tak, a to znaczy, że bardzo wysoko powyżej!
- Oj bez przesady, zaraz szantaż... - chłopak machnął ręką, niewzruszony moimi nerwami. – drobna manipulacja.
- To wcale nie brzmi lepiej – uświadomiłam go, niezadowolona. – Co ci nie pasuje? Rysowałam to pół nocy, zasnęłam na biurku w trakcie, przez co bolały mnie plecy. A tak w ogóle, to bardzo się starałam, chociaż wcale nie musiałam, bo w żadnym wypadku na to nie zasłużyłeś, więc naprawdę nie rozumiem – powiedziałam to wszystko dosyć głośno i niemal na jednym wdechu, chociaż starałam się jednak nie krzyczeć. Patrzyłam na niego, oczekując jakichś wyjaśnień, ale zobaczyłam tylko, jak na jego ustach maluje się delikatny uśmiech. Aktywowałam na moment widzenie kolorów duszy, przez co moje oczy musiały zaświecić się na żółto, ale w razie gdyby nawet zwrócił na to uwagę, mogłam zwalić winę na słońce, które się w nich odbijało. Przez ten moment dostrzegłam dość dużo różnych kolorów, większość niemal wyblakłych. Nie miałam czasu na dokładną analizę i przyglądanie się, ale na pewno widziałam żółto pomarańczowe smugi, przenikające jego duszę, co znaczyło, że radość przeplatała się u niego z ekscytacją. Czyli, że... cieszył się? Nie bardzo rozumiałam, dlaczego. Zachowywałam się mało przyjaźnie, niewiele brakowało, żebym na niego krzyczała i bardzo nie chciałam tam być. Więc skąd brały się u niego te pozytywne emocje?
- Wszystko świetnie, tylko, że brakuje mojej dedykacji, kochana.
Ta przeklęta dedykacja!
- Nie, to głupie – mruknęłam, krzyżując ręce na piersi.
- Taka jest cena odzyskania zeszyciku – wzruszył ramionami.
- Szkicownika! – Poprawiłam, zdenerwowana. – Dobra, dopiszę ci ją, tylko już miejmy to za sobą – powiedziałam, idąc nerwowym krokiem do mojego plecaka. Wyciągnęłam z niego długopis, położyłam kartkę na ławeczce i zaczęłam pisać. – Jak to miało być?
- Dla kochanego i słodkiego – dyktował, wielce zadowolony – Yanga.
Kiedy obejrzałam się na niego, by zapytać, jak to się pisze, zauważyłam, że patrzył Chrisowi prosto w oczy. Chyba wysłał mu jakąś zakodowaną, mentalną wiadomość, która Chrisowi się nie spodobała, bo zacisnął swoje wielkie dłonie w pięści.
- Możesz przeliterować?
Chłopak popatrzył na mnie, jakby nie wierzył, że w ogóle o to poprosiłam. Jakby to była podstawa, której uczą w pierwszej klasie szkoły.
- Nie wiesz, jak się literuje Yang? Nigdy wcześniej nie słyszałaś tego imienia? – Nie odpowiedziałam. Pokręcił głową na moją ignorancję, a potem je przeliterował. – Strach pomyśleć, co by było, gdybym kazał ci je napisać w pełnej formie.
Tradycyjne imiona ludzi Narodu Sokoła były dość trudne do zapisania w języku powszechnym, szczególnie, kiedy słyszało się je po raz pierwszy. Dlatego coraz częściej rodzice nadają swoim dzieciom proste do wymówienia i intuicyjne imiona; jak Nabi. Albo zupełnie ich unikają, jak w przypadku Chrisa. Z tym, że on akurat był jedynie w połowie potomkiem Sokoła i więcej genów odziedziczył po swojej matce, która była czystej krwi Halldarianką o blond lokach, żółtych oczach i piegowatych policzkach, więc może to słaby przykład.
Dokończyłam i podeszłam z kartką do chłopaka.
- Podpisałaś się? – spytał, zanim jeszcze wziął ją do ręki.
- Tak.
- Imieniem i nazwiskiem?
- Tak, skończmy już – nalegałam, wyciągając do niego rysunek. Chłopak patrzył jeszcze przez moment w milczeniu, aż w końcu sięgnął pod bluzę za plecami i wyciągnął znikąd mój szkicownik. Podał mi go i wziął w zamian rysunek. Czarna okładka była ciepła w dotyku, a ja byłam bardzo zbita z tropu.
- Trzymałeś go w spodniach? – zapytał Chris, podchodząc bliżej mnie.
- A gdzie miałem go trzymać? – Widziałam, że mojemu przyjacielowi cisnęło się na usta brzydkie słowo, ale powstrzymał się. – Dzięki, mała – odezwał się do mnie i puścił mi oczko, żeby po chwili wyminąć mnie, przy czym bardzo umyślnie otarł swoim ramieniem o moje. Kiedy odchodził, złożył kartkę na cztery i schował sobie do kieszeni bluzy. Nie oglądał się za siebie, jak poprzedniego dnia. Wkrótce zniknął między blokami, a mnie coś ukuło w środku. Czułam lekki żal, zawód, jakbym straciła coś, czego nigdy nie miałam i nawet nie wiedziałam, co.
- Ej, Ka... - Popatrzyłam na Chrisa, a on na mnie. Zastanawiał się nad czymś intensywnie, ale jakby nie potrafił dopuścić do siebie tej myśli, jaka kolwiek ona była. – Ten typ chyba... - urwał, mrużąc oczy, i skrzyżował ręce na torsie w jakieś dziwnej frustracji.
- No co?
Przyglądał mi się, niespokojnie i potrząsnął głową na boki.
- Wyglądał na starszego. Jak myślisz, ile może mieć lat?
- Nie wiem, może być trochę starszy od nas. Czy to ważne? - wzruszyłam ramionami. Wzięłam swój plecak i wpakowałam do niego szkicownik.
- Uważaj na niego, dobra? – Powiedział, kiedy skierowaliśmy się w stronę przystanku.
- Jasne. Nie sądzę, żebyśmy jeszcze kiedyś mieli się spotkać.
I tu się myliłam. Jednak resztę tej historii zostawię do opisania komuś innemu.
Super! Już kocham to opowiadanie, a może książkę?
OdpowiedzUsuń