wtorek, 23 lutego 2021

Jak się czujesz?

1

CO Z TWOIM SERCEM?

Szpital. Dziwne miejsce. Białe ściany, zielone kafelki i wszechobecny swąd różnorakich leków na każdą chorobę świata. Niektórzy panicznie się go boją, przyprawia ich o mdłości albo zimne dreszcze na plecach. Innym kojarzy się ze śmiercią, smutkiem, nieszczęściem. A mi z czym się kojarzy?

Właściwie nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Przychodzę tu od szóstego roku życia, spędziłem tu połowę dzieciństwa i wbrew pozorom była to ta lepsza połowa. Co, zastanawiacie się, jak strasznie musiałem mieć w domu, że uważam szpital za klucz do szczęśliwego dzieciństwa? Dobre pytanie. Sam niewiele z niego pamiętam, jak to z dzieciństwem bywa, ale o pewnych rzeczach nie da się zapomnieć. Na przykład sam fakt, dla którego znowu tu jestem.

Gdy miałem sześć lat stwierdzono u mnie cukrzycę. Od razu może sprostuję, bo już widzę, jak większość z was to sobie wyobraża. Nie jest to uzależnienie od słodyczy, to nie dieta cukierkowa i nie można jej nabyć przez to, że będzie się jadło cukier na tony. Właściwie nie wiadomo do końca, co powoduje cukrzycę, zwłaszcza u małych dzieci, jak w moim przypadku. Działa tak, że organizm dostaje świra i sam siebie zaczyna atakować. To, co u normalnych istot reguluje poziom cukru we krwi, u mnie praktycznie nie istnieje, bo się zepsuło. Dlatego muszę sobie tą substancję regulującą, ręcznie aplikować.

To nie rak ani żaden zabójczy wirus, na to się nie umiera, chociaż w sumie istnieje ryzyko śmierci – jeśli ktoś o siebie nie dba. Ale prawdę mówiąc ryzyko śmierci występuje wszędzie; w autobusie, w szkole, w samochodzie, na wycieczce, nawet w domu. Nigdy nie wiadomo, z której strony cię zajdzie ta czarna zmora z kosą w swoich trupich dłoniach. To nie tak, że potrzebuję jakiegoś szczególnego współczucia. Mam tylko troszeczkę trudniej w życiu, ale przecież nie ja jeden.

- Christopher Lee – zwróciłem swoją uwagę na pielęgniarkę, która wychyliła się z gabinetu lekarskiego doktora Kovaca. - Pańska kolej.

Podniosłem się z miejsca i uśmiechnąłem do kobiety, wymijając ją w drzwiach. Była ode mnie niższa z dwadzieścia centymetrów, ale to nie ona miała tu problem ze wzrostem. Mogła mieć metr siedemdziesiąt, a to przecież całkiem sporo jak na kobietę. Szybka matma i wyjdzie wam, dokąd sięgam czubkiem głowy. Ta, prawie sufitu. Jestem olbrzymem.

Znaczy nie takim prawdziwym! Jestem człowiekiem. Metr dziewięćdziesiąt ludzkiego, chodzącego ADHD. Tak tylko zaznaczam, bo tutaj, to nigdy nie wiadomo z czym się ma do czynienia. Jak już widziałem potwory, demony i kosmitów, to wszystko jest możliwe. Także ten... wracając do historii!

Właściwie, to miałem nawet całkiem w porządku życie. Jeśli wykreślić z niego parę uciążliwych szczegółów, takich, jak alkoholizm mojego ojca, fakt, że mój najstarszy brat siedzi w więzieniu, matka ma depresję, a drugi brat prowadzi działalność przestępczą i napada na pobliskie warzywniaki co jakiś czas… Ale wiecie, to już praktycznie nie są moje problemy. Nie mieszkam z nimi odkąd sąd rodzinny przydzielił mojej ciotce prawa do opieki nade mną. To będzie już… wow, prawie dwanaście lat. Odwiedzam ich często, przynajmniej raz w tygodniu. W sensie rodziców. Z braćmi staram się nie zadawać, bo to zawsze kończy się tylko kolejną kłótnią, albo i gorzej.

- Witaj, Christopher - rzucił na wstępie mój diabetolog, kiedy pielęgniarka zamykała za mną drzwi. - Jak się miewasz?

Ten zabawny, siwy pan mógłby być moim ojcem. Czy chciałbym? Nie wiem, ale na pewno był gdzieś w wieku mojego prawdziwego ojca. Właściwie był mi nawet bliższy niż on. Zajmował się mną tak długo, był przy mnie, kiedy prawie umierałem, kiedy kończyłem pierwszą szkołę*, kiedy wygrywałem konkursy taneczne. Nigdy nie zapomniał o moich urodzinach. Raz nawet mnie u siebie przenocował, kiedy uciekłem z domu, bo pokłóciłem się z ciotką.

- Dzień dobry, panie doktorze. A wie pan? Całkiem spoko! - odparłem, zajmując miejsce na krześle przed biurkiem, na przeciwko lekarza. - Nic mnie bardziej nie cieszy od spotkania z panem - dodałem pół żartem, pół serio.

- Jak dobrze Cię widzieć! - zaśmiał się basem i poprawił okulary na nosie. - Chociaż wolałbym, żebyś nie miał, po co tu zaglądać, rzecz jasna - dodał ciszej i nieco poważniej. Na kilka sekund atmosfera między nami stała się przykra, żeby nie powiedzieć, że ponura. Nie mogłem tak tego zostawić, więc zaraz uśmiechnąłem się szeroko i machnąłem ręką.

- No co, pan! Chodzę z tym już dwanaście lat. – Rany, ta liczba mnie przeraża - To jest już cząstka mnie - wskazałem na pompę insulinową, która zawsze wisiała przypięta do mojego paska. Ja i to małe urządzenie byliśmy nierozłączni, jak najlepsi przyjaciele. No dobra, przegiąłem. To małe ustrojstwo doprowadzało mnie do szału już tyle razy, że gdybym dostał jakimś cudem trzy magiczne życzenia, to pierwszym z nich byłoby odzyskanie sprawności mojej trzustki, żebym nie musiał się już użerać z tym sprzętem. Znaczy się, to nie jest jedyny powód, ale wiecie. Wkurzająca sprawa.

Pani pielęgniarka podała mi mały plastikowy prostokącik, który zaraz wsunąłem w otwór, umieszczony w pompie. To taki mikro komputerek, miał pobrać informacje o moich wynikach z całego zeszłego miesiąca i jednocześnie zresetować pamięć systemu, bym mógł ciągle jej używać przez następny miesiąc. Po chwili urządzenie zapikało i wyciągnąłem nośnik, by podać go zaraz kobiecie.

- Jak się miewa panna Lee, jeśli mogę spytać? - Odezwał się znów lekarz, kiedy pielęgniarka wgrywała moje dane do jego komputera.

- Jest piękna jak zawsze - odparłem, uśmiechając się zaczepnie. Gdybym nie znał tego pana od dzieciństwa, na pewno nie pozwalałbym sobie na takie gierki, ale no błagam! On się podkochiwał w mojej ciotce odkąd pierwszy raz się spotkali w jego gabinecie. Ja swoje wiem, ja przy tym byłem! On się ciotce też chyba spodobał. Zawsze jest dla niego jakaś taka miła i śmieje się z jego słabych żartów… Mogliby już przestać udawać.

Mężczyzna wyprostował się w swoim fotelu i już otwierał usta, by sprostować swoje pytanie, ale byłem szybszy.

- A i wspominała, że mam pana pozdrowić. - Doktor mruknął pod nosem ciche i nieśmiałe "wzajemnie", ale ja już wtedy się trochę rozkręciłem. - Miała przyjść ze mną dzisiaj nawet, bo coś tam chciała z panem porozmawiać. Nie wiem o czym, ale uznałem, że będę głupio wyglądał prowadzony do lekarza przez opiekuna. W końcu jestem prawie dorosły. Dlatego, musi mi pan wybaczyć, ale poprosiłem ją, aby została w domu. - Mężczyzna pokiwał głową, zmieszany. - Ale może przyjedzie później. - dodałem, uśmiechając się szeroko i puściłem oczko mężczyźnie.

- Dobrze - odchrząknął, przenosząc wzrok na ekran komputera. - Porozmawiajmy może dla odmiany o twoich cukrach.

Wolałbym nie - przemknęło mi przez myśl, kiedy osuwałem się w dół na fotelu.

- Christopher - zaczął poważnie i znacznie pewniej, co znaczyło, że moja próba rozkojarzenia go i w pędzenia w zakłopotanie nie podziałała na długo.  Zsunąłem się jeszcze niżej, chcąc najlepiej w ogóle zniknąć z powierzchni Hallitaru. – czterdzieści trzy... siedemdziesiąt... dwieście czterdzieści... co to ma być?! – Nie krzyczał, ale był wściekły. Nic dziwnego, też bym był. No, ale to trochę nie moja wina! Po prostu odkryłem ostatnio ten nowy klub taneczny, tam się co wieczór rozgrywają bitwy i trenowałem ile mogłem, żeby w końcu wziąć udział i wygrać. Mogło się zdarzyć, że parę razy zapomniałem przygotować sobie jedzenia, które pomogłoby mi unormować poziom cukru we krwi, więc zjadłem batona… raz czy dwa… - dlaczego masz takie skoki?!

A i parę razy wybrałem się z Lukiem na grillowaną wołowinę. I smażone ziemniaki. I koktajl czekoladowy.

Dobra, może to faktycznie moja wina.

 

Wyszedłem z gabinetu mniej zadowolony, niż kiedy tam wchodziłem. Dostałem po głowie jakąś teczką i zakaz jedzenia śmieciowego żarcia, w tym słodyczy przez tydzień. No może to nie był taki typowy zakaz, ale jak ci lekarz przepisuje specjalną dietę tylko dlatego, że jest zdenerwowany twoim zachowaniem, to trochę tak, jakbyś dostał karę od rodzica. Nie wiem, czy rozumiecie tą sytuację. Zagroził mi, że zadzwoni za dwa dni do ciotki i sprawdzi, czy się stosuję do tego zakazu. Normalni lekarze tak nie robią!

Nie przypominam sobie, żeby moi prawdziwi rodzice kiedykolwiek dali mi karę. Ja chyba w ogóle średnio ich interesowałem, jak jeszcze się mną… zajmowali. Nie gotowali mi obiadów, bo ojciec był zawsze pijany, a matka zawsze płakała. Jadłem u sąsiadów. W sumie po przeprowadzce do ciotki też nikt mi nie gotował obiadów. Ciotka od małego uczyła mnie, jak zrobić sobie coś do jedzenia. Chciała, żebym był samodzielny. To nie tak, że ona nigdy nic nie ugotowała. Czasami coś zrobiła. Czasami ja coś zrobiłem. A czasami wyszliśmy na obiad do miasta. Nie narzekałem nigdy, było fajnie. Była trochę, jak mama, ale nie. Była miła, dbała o mnie, martwiła się o mnie, płaciła za moją edukację, interesowała się moimi zainteresowaniami i znała moich przyjaciół. Ale gdzieś w sercu oboje czuliśmy, że mama, to mama. A ciocia, to ciocia.

Kiedy stałem przed drzwiami wyjściowymi szpitala, widziałem przez szybę, że niebo na zewnątrz było już granatowe. Dwa księżyce świeciły jasno i było je bardzo dobrze widać nawet z centrum miasta. Zapiąłem swoją żółtą kurtkę pod szyję i przeczesałem blond włosy, zerkając jeszcze na swoje odbicie w przeszklonych drzwiach. Ciemne odrosty miały już chyba z trzy centymetry.

Jeszcze miesiąc i to odmalujemy – pomyślałem, wychodząc z budynku na zewnątrz. Chłodne powietrze zaszczypało mnie w policzki, kiedy schodziłem po schodach na chodnik. Skierowałem się od razu w stronę przystanku pociągowego. O, nie wiem, czy u was też to tak działa, ale w Hallitarze mamy specjalne pociągi piętrowe, które dojeżdżają z centrum Thornilu do wszystkich pomniejszych wsi i miasteczek wokół stolicy. Poruszają się po specjalnych drogach budowanych jakby w powietrzu. Wygląda to trochę jak taki strasznie wysoki, niekończący się most. Właśnie takim miałem jechać, bo z ciotką mieszkaliśmy w miasteczku Jinshil, kilkanaście kilometrów od Tornilu. Tam też mieszkali moi przyjaciele – Luke, Kkaniee i Nabi (ta jednak spędza z nami najmniej czasu). Oni również byli dla mnie trochę, jak rodzina. Zastępowali mi to rodzeństwo, którego nigdy tak na prawdę nie miałem. Bo co to za bracia, którzy cię poniżają, biją, wyzywają i wykorzystują tylko dlatego, że jesteś najmłodszy?

Nagle usłyszałem w swojej głowie głos. Na początku jak zza ściany, ale zaraz odezwał się znowu, wyraźniej.

Chris, o czym tak myślisz? – zapytał miękko i delikatnie. Pewnie myślicie sobie, że jestem świrem, skoro słyszę głosy w swojej głowie, ale uwaga! To mój prywatny anioł stróż do mnie gada.

Okej, dobra. Wiem, że tak mówią świry, ale serio!

- O niczym. – Wzruszyłem ramionami, uśmiechając się niewyraźnie.

Słońce… Przecież widzę, że coś cię martwi.

Zatrzymałem się i westchnąłem ciężko. Co mnie właściwie martwiło? Trochę w sumie czułem coś jakby lekki smutek, ale czy to jakiś wielki problem? To nawet nie tak, że jakoś bardzo mnie bolało serce, po prostu myślałem sobie o…

- Nie wiem, Mizu – zmarszczyłem brwi i pokręciłem głową lekko. – Myślałem tylko o… o mojej rodzinie i tej chorobie. No ale spoko, przecież takie jest życie. Nie wszyscy muszą być super szczęśliwi.

Czujesz się nieszczęśliwy?

- Nie, no… To nie tak. Nie jest źle, ale wiesz. Myślałem sobie, że mogłoby być lepiej.

Mogłoby – przyznała i na chwilę ucichła. Ja też nic nie mówiłem. Stałem tylko na środku chodnika i patrzyłem na te betonowe kafle, oświetlane żółtymi lampami. Było już późno, ludzi jakoś nie dużo, a jeśli już przechodzili obok, to nie przejmowali się dwumetrowym nastolatkiem, gadającym do chodnika.

- Mizu, możesz mi się pokazać? – mruknąłem cicho w kołnierz swojej kurtki. Nie musiałem długo czekać. Po chwili do moich stóp, w które byłem tak wpatrzony, dołączyły złote, wilcze łapy. Popatrzyłem na jej łeb, który przekrzywiła w bok z niemym pytaniem. Możecie sobie wyobrażać najpiękniejszego wilka na świecie, a jej widok i tak przewyższyłby wasze oczekiwania. Była nierealnie piękna. Jak na zwierzę. Którym nie była. Ale tak wyglądała. Ale mówiłem, że mam anioła! Może i wielki, złoty wilk nie przypomina takiego anioła, jakiego sobie wyobrażaliście, ale to ona! Mogłaby też wyglądać bardziej, jak człowiek, ale z jakiegoś powodu wolała się publicznie pokazywać, jako wilczyca. Nie będę się kłócił, to w końcu jej ciało. Niech sobie robi z nim, co chce.

Uśmiechnąłem się i przyklęknąłem przed nią. Po chwili wyciągnąłem ręce z kieszeni kurtki, objąłem wilka w szyi i przytuliłem się do jej ciepłego, pachnącego futra.

Christopher – odezwała się znów w mojej głowie. – Masz prawo być smutnym, wiesz o tym?

Pokiwałem głową, nadal wtulony w mojego anioła. Gdybym miał opisać, jak pachniało jej futro, czy w ogóle jej obecność… pachniała jak ciepło. Jak bezpieczeństwo i spokój. Jak letnie popołudnie bez żadnych obowiązków, zmartwień i lęków.

Porozmawiasz ze mną o tym w domu, tak? – Znowu pokiwałem głową. – Potem porozmawiasz o tym z twoją ciotką.

Westchnąłem i odsunąłem się powoli. Popatrzyłem w jej złote, wilcze oczy przez chwilę i opuściłem wzrok na swoje kolana, kręcąc głową.

- Po co? Ona tego nie zrozumie. Ja tego nie rozumiem. Przecież nie mam najmniejszych powodów, żeby się czuć tak, jak się czuję. Dostaję tyle dobrych rzeczy, mam wokół siebie ludzi, którzy mnie kochają, nie mam żadnych problemów, Mizu. To bez sensu.

To nie jest bez sensu. Chris, nie czujesz się tak od dzisiaj. To już trwa zbyt długo. Skoro ja to widzę, to ona też. Martwi się o ciebie, ale wiesz, że jest jej ciężko rozmawiać o uczuciach.

- Wiem i dlatego nie chcę z nią o tym rozmawiać.

Więc lepiej, żeby martwiła się tak w nieskończoność?

- Nie będę się tak czuł w nieskończoność – zmarszczyłem brwi i podniosłem się, urażony. Skrzyżowałem ręce na piersi i odwróciłem wzrok.

Nie będziesz, ale tylko jeśli zaczniesz coś z tym robić. Wiesz, co masz robić?

- Nie.

To z nią porozmawiaj.

- Ona też nie będzie wiedziała.

Może nie. Ale będzie wiedziała, że jej ufasz. – popatrzyłem znowu na wilczycę. Miała rację. Oczywiście, że miała, w końcu była aniołem!

- Okej – mruknąłem ze spuszczoną głową. – Ale ja też nie umiem o tym rozmawiać.

Nie mówiłam, że to będzie łatwe. Ale na pewno potrzebne.

Mizu w końcu wróciła z powrotem do wymiaru duchowego i już nie widziałem jej obok mnie fizycznie. Nie do końca wiedziałem, jak działa cała ta sfera duchowa, ale ktoś mi kiedyś powiedział, że stamtąd widać wszystko, co się dzieje na Hallitarze, tylko niematerialnie. Kkaniee wiedziała, jak to wygląda. Ona miała Dar Ducha, potrafiła wychodzić z ciała, widziała dusze i emocje ludzi, anioły, demony, Skażenia i Dary. Zawsze wydawało mi się to najbardziej niesamowitą super mocą, o jakiej słyszałem, póki nie otrzymałem własnej. A ja? Ja byłem czołgiem! To nie żart, taką miałem rolę w formacji bojowej. Byłem tarczą, taranem, pancerzem, byłem niezniszczalną, Złotą Zbroją.

Na przystanku usiadłem sobie na ławce i czekałem na mój transport. Telefon, który trzymałem w kieszeni kurtki wydał z siebie głośny, przeciągły sygnał, powiadamiając o nadejściu wiadomości. Pomyślałem sobie wtedy, że to pewnie ciotka Sora już się niecierpliwi i chce wiedzieć, co się ze mną dzieje. Wyciągnąłem telefon (my na to mówimy holografon, ale w waszej transkrypcji brzmi to jakoś słabiej, niż po halldarsku, więc zostanę przy waszej nazwie). Na przezroczystym wyświetlaczu ukazała się wiadomość od mamy.

„Chris, on tu znowu przyszedł. Pomóż nam, dobrze?”

Natychmiast wstałem z miejsca. Pociąg już nadjeżdżał, a ja nie byłem pewny czy do niego wsiadać. Wybrałem numer do matki i niecierpliwie czekałem, aż odbierze, ale do tego nie doszło. Z resztą domyślałem się, dlaczego. Kiedy pociąg zatrzymał się przede mną, zamiast do niego wejść, pobiegłem do zejścia z przystanku. Zbiegłem po wysokich schodach, przeklinając się w głowie za to, że nie wziąłem ze sobą swojej deski.

 

*

 

Rodzice mieszkali mniej więcej w środkowej części Silli. Dotarłem tam w dziesięć minut transportem publicznym (a dokładniej, takim mniejszym pociągiem magnetycznym) i sprintem. Wbiegłem po schodach na trzecie piętro starego bloku tak szybko, jak tylko mogłem. Już na klatce schodowej słychać było pokrzykiwania dwóch mężczyzn, dochodzące z mieszkania numer 9.

Christopher, zatrzymaj się – usłyszałem w swojej głowie. Zatrzymałem się przed drzwiami, zdyszany i zestresowany.

- Mizu, nie teraz… - jęknąłem, zniecierpliwiony. Czułem, jak ogarnia mnie strach. Bałem się, że jeśli zaraz tam nie wejdę i nie zrobię porządku, to komuś stanie się krzywda, ktoś będzie cierpiał. Najbardziej bałem się o mamę. Ona nigdy nikomu nic złego nie zrobiła, więc dlaczego zawsze tak bardzo cierpiała?

W takim stanie jej nie pomożesz – Wbrew pozorom właścicielka głosu wcale nie potrafiła czytać moich myśli. Znała mnie jednak na tyle, by wiedzieć, co w tamtej chwili czułem i pewnie domyślała się, że jeśli ktokolwiek spróbowałby skrzywdzić mamę, mógłbym się trochę zagalopować w gniewie i tych wszystkich innych emocjach. Gdyby ona mnie nie powstrzymała. Kiedyś nie potrafiłem się opanować, jakiekolwiek emocje odczuwałem. Niestety od najmłodszych lat uczyłem się, że problemy rozwiązywać należy agresją, krzykiem i siłą. Nigdy to ze mnie nie wyszło, nadal odczuwam straszny gniew, kiedy coś idzie nie tak, jak trzeba, ale teraz… Mizu uczy mnie, jak się mu nie poddawać. To chyba najtrudniejsze zadanie, jakie kiedykolwiek miałem do wykonania.

Stanęła tuż obok, jako złoty wilk, może tylko trochę większy niż się je zwykle widuje. Sięgała mi prawie do pasa. Jej jasna sierść błyszczała złotem, odbijając światło słabych, starych lamp w korytarzu, na klatce schodowej. Sama jej obecność dodawała mi otuchy i nadziei.

Uniosła głowę i popatrzyła mi prosto w oczy.

Pamiętaj, że nie wchodzisz tam, żeby wyładować emocje – powiedziała. – Idziesz ratować rodzinę.

Odetchnąłem głęboko i kiwnąłem głową. Pomyślałem sobie, że „ratować” to trochę za duże słowo. Bardziej pasowałoby może „chwilowo ogarnąć”.

Po chwili podniosłem wzrok na drzwi z numerem 9. Sięgnąłem po klamkę i wszedłem do środka. Już z niewielkiego, ciasnego korytarza mogłem zobaczyć, jak w pokoju gościnnym po lewej ojciec kłócił się z moim starszym bratem, a po prawej, w małej kuchni, matka siedziała roztrzęsiona przy stole, paląc papierosa. Zauważyła mnie wtedy. Uśmiechnęła się smutno i wytarła łzę, która spłynęła po jej policzku.

Jest bezpieczna. Idziemy do salonu.

Posłusznie wszedłem do wskazanego pomieszczenia, patrząc jeszcze przez chwilę na matkę. Obróciłem się w odpowiednią stronę dopiero w chwili, kiedy poczułem szarpnięcie.

- I co? Mówiłem, że przylezie – warknął chłopak o kilka lat starszy ode mnie. Był niewiele niższy, miał ciemne, krótko ścięte włosy, zakrwawione usta, podobne kształtem do moich. Oczy miał ciemne, tak samo jak ojciec. Moje były żółte, po mamie. Nie miałem takich pięknych blond loków, jak ona, ale od czasu do czasu farbowałem swoje ciemne, prawie czarne, proste włosy na złocisty blond, żeby wyglądać chociaż trochę podobnie do niej. Niestety najwięcej genów przejąłem po ojcu, jak reszta braci. Byłem najwyższy w rodzinie. Po ojcu oczy miałem wąskie i tylko ich kolor nie pasował do kształtu. Dla ludzi z Narodu Sokoła charakterystyczne były wąskie, ciemno brązowe oczy, zazwyczaj o pojedynczej powiece (tzn. wygląda na bardziej wypukłą, niż jak u większości ludzi, wklęsłą). Moje były pomieszane – wąskie, ale o podwójnej powiece i żółte. Generalnie dziwne.

Mój brat, Jonah ściskał materiał mojej kurtki na ramieniu. Oprócz niego był jeszcze jeden, najstarszy  – Donathan, który pewnie z chęcią włączyłby się w ten ciepły zjazd rodzinny, gdyby nie odsiadywał wyroku w więzieniu. Jonah też tam powinien siedzieć, ale jakimś cudem zawsze zdołał uciec przed Służbami Porządkowymi. Był liderem jednego z groźniejszych gangów w Silli – tej dzielnicy, w której właśnie się znajdowaliśmy. Najbrudniejszej, najciaśniejszej i najbardziej niebezpiecznej w całym Thornilu (Ah, domek!) Jonah czasami odwiedzał rodziców. Niestety jego wizyty zwykle kończyły się kłótniami, bójkami, interwencjami zarządu dzielnicy itd.

Rodzice i tak nie mieli w życiu łatwo. Oczywiście, gdyby sobie odpuścili używki, to mieli by może i łatwiej, tylko po co, prawda?

Ojciec, Dongha pracował na budowie. Zarabiał tyle, co nic, a połowę tego przepijał. Mama też miała swój udział w wydawaniu wypłaty ojca. Kupowała papierosy na potęgę. Aż dziw, że zostawało im jeszcze parę groszy na jedzenie. Leki na depresję prawdopodobnie dostawała nielegalnie, albo na kredyt w aptece. Nie wiem, nie pytałem, tylko się tak domyślałem. Pomagałem im jak tylko umiałem. Czasami robiłem zakupy, sprzątałem w mieszkaniu, wynosiłem śmieci, kupowałem jakieś leki.

Mojemu bratu wcale się to nie podobało. Chyba czuł się odsunięty przez rodziców, mniej ich synem niż ja. A przecież to on żył z nimi od zawsze i próbował na swój sposób im pomagać, chociaż nigdy mu się to szczególnie nie udawało. Zazwyczaj było odwrotnie i tylko sprawiał im problemy. Nie potrafił zrozumieć, dlaczego rodzice nie chcieli akceptować jego pieniędzy, nie rozumiał, że to w jaki sposób je zdobywał, było złe.

- Przybiegł ratować świat! – wysyczał z nienawiścią. Cuchnął alkoholem, ale już do tego zapachu przywyknąłem. Całe moje wczesne dzieciństwo tak pachniało. – Bohater zasrany. Synek mamusi…

Ojciec siedział przy stoliku do kawy w starym, drewnianym  fotelu. Nie odzywał się. Starał się nawet nie patrzeć w naszą stronę.

Byłem wściekły i zawiedziony. Mimo wszystko Jonah, to mój brat. Kochałem go i było mi przykro jak nie wiem, bo on nie czuł tego samego. Bolało mnie to, że za każdym razem, kiedy się widzieliśmy musiałem z nim walczyć, ale strasznie wkurzał mnie sposób, w jaki mnie traktował i z każdym kolejnym spotkaniem miałem tego coraz bardziej dość. Nasze relacje zepsuły się przez niego, a nawet nie wiedziałem, co takiego zrobiłem, że aż tak mnie nienawidził.

- I ten twój przerośnięty pies… - mruknął na Mizu i splunął w jej stronę, okazując jej swoje obrzydzenie. Nie wiedział, że była czymś więcej niż ogromnym wilkiem, ale gdzieś w głębi serca czuł, że nie mogła być zwykłym zwierzęciem. Traktował ją, jak osobę, w przeciwieństwie do reszty ludzi, którzy mieli okazję zobaczyć ją w takiej formie (choć było ich niewielu).

Mizu nie zareagowała. Wpatrywała się w niego czujnie i dumnie, gotowa w każdej chwili ratować mnie i moją rodzinę.

Jonah był ode mnie tylko trochę niższy, ale niestety o wiele lepiej zbudowany. Z drugiej strony ja poza siłą mięśni ciała miałem siłę medalionu i jeśli tylko polegałem na niej, a nie na sobie – zawsze wygrywałem.

Mój Dar, to Złota Zbroja, drodzy państwo! Umiejętność pomnażania objętości mojego medalionu (którym była złota moneta z wzorem gałązki o trzech, podłużnych listkach) do jakichkolwiek rozmiarów i o dowolnych kształtach. Teraz czaicie, dlaczego byłem czołgiem? Mogłem go sobie zrobić myślami – dlatego!

- Posłuchaj mnie, młody – zaczął znowu, ściskając mnie mocno w ramieniu. – Gnój jesteś i nic jeszcze o świecie nie wiesz.

No, zdziwiłbyś się, pomyślałem, biorąc głęboki wdech i odwracając wzrok.

- Daj dzieciakowi spokój – odezwał się ojciec ledwie słyszalnie. Miał chyba podbite oko. Kiedy to zauważyłem, zagryzłem wargę, próbując nie zdenerwować się bardziej niż do tamtej pory.

- Aaa, tatuś się martwi? – Jonah puścił moje ramię i podszedł bliżej stolika, przy którym siedział ojciec. – Szkoda, że się tak o mnie nie martwiłeś! – warknął nagle. – Jak waliłem do drzwi tydzień temu, kiedy mnie czarni** ścigali!

- A niech cię w końcu złapią – mruknął pod nosem. Był wyraźnie zły i zlękniony, ale także zawstydzony swoją niemocą. Taki obraz ojca zwyczajnie sprawiał ból, nie mówiąc już o złości, jaką we mnie wywoływał względem brata. To nasz ojciec. Jaki by nie był i ile błędów w życiu by nie popełnił, był ojcem nas obydwu. Nie powinien się tak czuć, nie przez własnego syna, ani nikogo innego. Nikt nigdy nie powinien się w ten sposób czuć.

- Coś ty powiedział? – wysyczał Jonah, zbliżając się jeszcze bardziej do mężczyzny. Zanim jednak zdążył cokolwiek zrobić, złapałem go za ramię i odciągnąłem do tyłu. Ten wpadł w furię i z rykiem walnął mnie w brzuch z całej siły. Nie przewidziałem tego, nie zdążyłem się obronić.

Zgiąłem się w pół i cofnąłem kilka kroków w tył. Myślałem tylko o tym, że zaraz zwymiotuję całe swoje wnętrzności  i o tym, jak strasznie bolało.

Mizu zawarczała groźnie na chłopaka, odwracając nieco jego uwagę ode mnie.

Skupienie, Chris – usłyszałem w głowie. – Wyprostuj się i oddychaj.

Mimo mdlącego bólu, posłuchałem. Twarz mi pewnie poczerwieniała, jak pomidor, a minę miałem, jakbym wstrzymywał wymioty i to najwyraźniej rozbawiło a może nawet podbudowało Jonę. Uśmiechnął się półgębkiem i podniósł pięści na wysokość twarzy, gotując się do bójki.

Zbroja.

Natychmiast zacząłem formować złotą zbroję wokół całego ciała, rozpoczynając od brzucha, po piszczele, ramiona i kark, jednocześnie w górę i w dół. Pancerz nie był bardzo gruby, ale wystarczający. Brat na ten widok warknął pod nosem jakieś mało znane thornilskie przekleństwo i zaatakował. Tym razem już byłem przygotowany i wykonałem szybki unik, by po chwili oddać cios.

Odrzuciło mu głowę w tył i aż się cofnął z wrażenia. Kiedy przetrawił, co się stało i, że z nosa leciała mu krew, opanowała go taka wściekłość, że już bez zastanowienia rzucił się w moją stronę.

Gniew i alkohol musiały zaburzyć mu trzeźwość myślenia i płynność w poruszaniu się. Kiedy się zamachnął, by mi przyłożyć w policzek, złapałem jego rękę i wykręciłem mu ramię za plecy. Działałem szybciej, sprawniej, ignorując ból i wszystkie, targające mną emocje. Podciąłem mu nogi i pchnąłem twarzą na podłogę. Sięgnąłem po ramię chłopaka i dołączyłem je do drugiego na plecach.

- Kaftan – powiedziałem twardo, bardziej sam dla siebie. Nie musiałem wypowiadać komend, żeby Dar zaczął działać tak, jak chciałem, jednak pomagało mi to czasami w skupieniu. Drobinki złota zaczęły wypływać spod moich dłoni i palców. Przemieszczały się, płynąc jak ciecz po rękach brata. Pokrywały kolejno ramiona, klatkę piersiową, kark i uda, kolana i stopy. Kiedy złoto przestało się poruszać – stwardniało, a Jonah leżał na podłodze w złotym kaftanie, jak mumia w sarkofagu i jedyne, co mógł teraz zrobić, to przeklinanie wszystkich wokół, a w szczególności mnie. Ciężko mu było oddychać przez metal, ciasno opinający jego ciało, więc skupiłem się i zamieniłem część na torsie w coś w rodzaju kolczugi, by była bardziej ruchoma. Jasne, typ mnie wkurzał niemiłosiernie, ale nie chciałem go udusić. Złoto w tamtym miejscu po kolei przemieniało się w niewielkie ogniwa, połączone ze sobą.

Podniosłem się na nogi i popatrzyłem na leżącego na podłodze brata. Potem popatrzyłem na ojca, który wyglądał przez okno, jakby w ogóle nic nie widział. Jakby nic się nie wydarzyło. Matka paliła kolejnego papierosa.

Smutek i cała ta emocjonalna frustracja wylały mi się przez oczy. Wytarłem szybko policzki wierzchem dłoni i poszedłem do kuchni. Usiadłem na krześle, obok mamy i posłałem jej blady uśmiech.

- Słonko moje – wyszeptała, wolną dłonią, chwytając moją, znacznie większą, pokrytą piegami. – Przepraszam…

I zaczęła płakać. Zawsze płakała.

I tak właśnie wyglądało ich życie. I moje też, niestety.

To dlatego w wieku sześciu lat zamieszkałem z ciotką, siostrą ojca. No, głównie przez tą cukrzycę, bo rodziców nie było stać na leczenie i jako takie utrzymanie mnie w ogóle przy życiu. Ciotka była bogata, bez męża, bez dzieci. Zajęła się mną i nie mógłbym być jej za to bardziej wdzięczny.

 

 


[*] Pierwsza Szkoła – odpowiednik ziemskiej podstawówki. Naukę w niej rozpoczyna się w wieku siedmiu lat, ma pięć poziomów, z których każdy trwa rok i kończy się egzaminami końcowymi.

[**] Czarni - tak się w Thornilu potocznie mówi na Służby Porządkowe (halldarski odpowiednik ziemskiej policji). Wzięło się to stąd, iż przedstawiciele SP noszą czarne mundury i czarne maski na nos i usta, aby w miarę możliwości pozostać anonimowym.

 


2

CO Z TWOIM CIAŁEM?

 

Z całego złotego Kaftanu zostawiłem mu już tylko kajdanki na nadgarstkach i wyprowadziłem z mieszkania. Na zewnątrz było już ciemno, a więc nawet gdyby ktoś przechodził obok, nikt nie zauważyłby, jak złote kajdanki przestają istnieć. Dosłownie – rozpłynęły się i zniknęły.

Popatrzyłem na niego z poczuciem skrzywdzenia i złości, a potem odwróciłem się, by odejść.

- E, młody! – zawołał za mną. Zatrzymałem się, ale nie odwracałem w jego stronę. – Nie wiem, co za kit im wciskasz, ale wcale im nie pomagasz. Myślisz, że jak przyjdziesz raz na miesiąc i posprzątasz, albo pogłaszczesz matkę po pleckach, to będzie im się lepiej żyło? Rozejrzyj się! To jest jeden wielki burdel na kółkach. Cała ta dzielnica. Całe to pieprzone miasto!

Nie wytrzymałem.

- A ty co? – warknąłem, obracając się twarzą do niego. – Ty lepiej im pomagasz? Okradasz warzywniak, albo inną budkę z kanapkami… zastraszasz biednych ludzi. Dokładnie takich, jak oni!

- Przynajmniej jakoś zarabiam, gnoju!

- Oni nie chcą twoich brudnych pieniędzy, nie widzisz tego?

Chris, przestań – tym razem zignorowałem polecenie. Nie musiałem go wykonywać, nigdy nie musiałem, po prostu zazwyczaj tak było słuszniej. Ale miałem dość jego zachowania, tego jak traktował wszystkich wokoło i tego, że nigdy nie przyjmował na siebie konsekwencji swoich czynów.

- A i jeszcze jedno – ciągnąłem, zbliżając się do niego o kilka kroków. – Jeśli jeszcze raz uderzysz ojca, albo, broń ciebie losie, mamę…

- No, to co mi zrobisz? – zapytał, wypychając pierś do przodu. Patrzył na mnie zupełnie bez strachu, z jakimś dziwnym błyskiem w oku i wyraźną nienawiścią.

Oddychałem ciężko ze złości, ale już nic więcej nie powiedziałem. Ciężko było mi akceptować nasze pokrewieństwo, wolałbym go nigdy nie znać, niż czuć się tak wstrętnie na samą myśl o nim. Pokręciłem głową, i obrzuciwszy go jeszcze jednym spojrzeniem, odwróciłem się i odszedłem. Słyszałem jeszcze za sobą parę wyzwisk i gróźb, ale już nie chciało mi się reagować. Szedłem do przodu. Byle szybciej, byle do domu.

Chciałem się przewietrzyć, więc poszedłem na przystanek na piechotę. Gdzieś w połowie drogi, moja pompa cukrzycowa zabrzmiała piskliwym, przerywanym sygnałem. Zerknąłem na wyświetlacz urządzenia tylko po to, by przeczytać komunikat „niski poziom cukru we krwi”, a zaraz po nim „brak glukozy w zbiorniku”. Przyczepiłem pompę do paska spodni i wyciągnąłem telefon z kieszeni. Powoli emocje opadały i zaczynałem czuć się dziwnie. Trochę jakby kręciło mi się w głowie i miałem wrażenie, że z każdego ciemnego zaułka obserwują mnie czarne, niewyraźne twarze, ale jakieś nieludzkie. Holograficzny wyświetlacz i wszystko na nim mi się rozmazywało.

- Eee – mruknąłem, próbując się skupić. Przytrzymałem kciukiem wyświetlacz, aż zaświecił się na żółto i powiedziałem najwyraźniej, jak potrafiłem – Czarna Wdowa.

A tak, to nazwa mojej ciotki. Była zawsze twardą, dosyć chłodną kobietą. Tylko przy mnie czasami miękła. W każdym razie telefon sam wybrał jej numer po mojej komendzie, a ja kucnąłem na chodniku. To zabieg taktyczny, wiedziałem, że zaraz zemdleję i chciałem sobie oszczędzić uderzenia głową o chodnik z wysokości prawie dwóch metrów. Nie raz już przez to przechodziłem i nie bardzo miałem ochotę na powtórkę. Po chwili czekania, z małego głośniczka w telefonie odezwał się zniekształcony głos ciotki. Przyłożyłem telefon do ucha i wybełkotałem coś, czego sam nie zrozumiałem. A potem bujnęło mnie do przodu i upadłem na chodnik.

Wiecie… to co się ze mną działo potem, było jak koszmar na jawie. Coś, jak paraliż senny? Tylko najbardziej abstrakcyjny z możliwych. Zanim zupełnie straciłem przytomność, słyszałem setki głosów, jakby na maksa głośnych szeptów, łzy same płynęły mi po policzkach, a przed twarzą wirowały okropne obrazy, których już nawet nie pamiętam. Nigdy nie pamiętam, ale zawsze mnie przerażały.

 

Obudziłem się w szpitalu. W dzień, czy noc potrafiłbym rozpoznać ten sufit, to małe okno po prawej stronie od łóżka, jasne ściany, malowane w faliste, błękitno zielone wzory, żeby przypominały morze. Zamrugałem jeszcze kilka razy i podniosłem się do siadu. W pomieszczeniu oprócz mojego łóżka stały jeszcze trzy inne, oddzielone od siebie jasno niebieskimi kurtynami. Światło było zgaszone, a za oknem ciemno. Widziałem jednak przez szybę w drzwiach, że na korytarzu świeciły słabym, żółtym światłem lampy, a w gniazdku obok łóżka, które znajdowało się naprzeciw mnie wpięta była lampka dziecięca w kształcie grzyba. Znajdowałem się na oddziale dziecięcym w sekcji chorób autoimmunologicznych.

Obejrzałem powoli swoje ręce i brzuch. Potem odkryłem kołdrę i przy okazji też fakt, iż nie miałem na sobie spodni. To, czego szukałem okazało się być na moim lewym udzie - kolorowy plasterek z uśmiechniętą buźką. W tamtym miejscu musiał wbić igłę strzykawki z GlukaGenem lekarz odpowiedzialny za dyżur nocny, gdy mnie tam przywieźli. Zgadywałem, że w tej sali położył mnie mój diabetolog. Tak, ten sam z którym widziałem się kilka godzin wcześniej podczas wizyty okresowej. Każdy inny lekarz położyłby mnie gdziekolwiek, tymczasem podejrzanym zbiegiem okoliczności trafiłem na to samo łóżko, co zawsze, od dziecka. Jakby było zarezerwowane specjalnie dla mnie. To trochę nawet zabawne.

Sięgnąłem po telefon, który leżał na białym stoliku przy moim łóżku. Na ekranie wyświetlała się jedna nieodczytana wiadomość od ciotki. Napisała, że nie chciało jej się czekać, aż się obudzę, więc pojechała do domu, a ja miałem wrócić, kiedy już dojdę do siebie. Poważnie, troska i oddanie w tej rodzinie płynęły u nas w żyłach zamiast krwi. Odłożyłem telefon, przykryłem się na powrót i wróciłem do spania.

Rano obudził mnie głos pielęgniarki, która przyszła do dziecka, leżącego naprzeciwko.

- Dzień dobry – przywitałem się, siadając i ziewnąłem. W ogóle się nie wyspałem, musiała być jakaś nieludzka godzina… szósta, albo coś koło tego. Patrzyłem przez chwilę zaspanym wzrokiem, jak kobieta zajmowała się małym, na wpół śpiącym pacjentem. Na początku myślałem, że coś mi się przewidziało, albo pokręciło w głowie z niedospania, ale w końcu dotarło do mnie, na co właściwie patrzyłem. Dziecko przede mną miało rany na rękach, z których wystawały małe, białe kwiatuszki. Musiałem mieć bardzo dziwną minę, bo pielęgniarka prychnęła pod nosem, gdy tylko zerknęła w moją stronę.

- Spokojnie, nie zarazisz się tym – powiedziała cicho, a ja zamrugałem szybciej i podrapałem się w tył głowy.

- Co mu właściwie jest? – wychrypiałem, zdezorientowany tym widokiem.

- Ogrody. – odpowiedziała krótko, przemywając ranę dziecka. – Rubi, obudź się, dobrze? – poprosiła z delikatnością, ale też odpowiednio stanowczo. Chłopiec o kremowej twarzy i brązowych, bujnych lokach , które zakrywały jego uszy i opadały na oczy, jak grzywa lwa, usiadł na swoim łóżku powoli i sennie. – Proszę, wypij to wszystko – pielęgniarka podała mu szklankę z przezroczystą substancją, po czym wstała z krzesełka, na którym wcześniej siedziała, pochowała wszystkie swoje przyrządy do białej torby, na której boku widniało logo szpitala i zwróciła się do mnie. – Panie Lee, niech pan przypilnuje, żeby Ruben wypił do końca lekarstwa, a potem tą butelkę wody przynajmniej do połowy. Czy mogę o to pana prosić? – Zapytała. Brzmiało to bardziej jak pytanie retoryczne, nie spodziewające się odpowiedzi przeczącej, dlatego pokiwałem głową na znak, że się zgadzam.

- Dziękuję. – Kobieta skierowała się do wyjścia, ale zatrzymała się nagle i znowu odezwała w moim kierunku. – Potem proszę jak najszybciej opuścić szpital. To nie hotel.

Zalała mnie fala wstydu. Kiwnąłem głową, po czym pielęgniarka wyszła. Powinienem wrócić do domu jeszcze w nocy, kiedy się obudziłem pierwszy raz, ale strasznie mi się wtedy nie chciało i byłem wykończony. Mimo wszystko faktycznie czułem się w tamtym szpitalu tak swobodnie, że traktowałem go, jak drugi dom. Nawet pielęgniarki z tego oddziału już mnie wszystkie znały, chociaż ja kojarzyłem może dwie. Tej, jednak nie pamiętałem, chociaż ona mnie najwyraźniej tak.

Sięgnąłem po spodnie, które leżały złożone na krzesełku, stojącym obok mojego łóżka. Wsunąłem je na siebie, a potem założyłem jeszcze bluzę, która też czekała złożona na krześle. Potem podszedłem do łóżka chłopca i usiadłem na miejscu poprzednio zajmowanym przez pielęgniarkę.

- Cześć, Ruben – przywitałem się. Chłopiec odgarnął prawą rączką loki z czoła, żeby móc mnie lepiej widzieć. – Jestem Chris.

- Możesz na mnie mówić Rubi – powiedział zupełnie bez krępacji i upił łyka tej substancji, którą wcześniej podała mu pielęgniarka. – Też jesteś chory? – zapytał, przyglądając mi się.

- Tak – odparłem. – Nie na to, co ty, ale tak.

- Ale już wychodzisz?

- Nie dopóki wszystkiego nie wypijesz – posłałem mu szeroki uśmiech i sięgnąłem po litrową butelkę wody. – I tego… Musisz dużo pić, co?

- Tak – mruknął cicho z ledwo dostrzegalną nutą smutku. Chyba już przywykł do takiego życia. Znałem to. – Potrzebuję dużo wody, żeby nie uschły – powiedział, unosząc lekko swoją lewą rękę. Nie bardzo rozumiałem, co miał przez to na myśli, ale przyjrzałem się jego ręce. Kolorowy plasterek, podobny do tego, który miałem na udzie, zaklejał ranę na przedramieniu chłopca, jednak na tyle, by kwiatek mógł z niej wystawać swobodnie. Skrzywiłem się na ten widok, ale zaraz znowu wymusiłem uśmiech.

- Boli cię to? – zapytałem, kładąc sobie butelkę z wodą na kolanach. Chłopiec wzruszył ramionami, po czym wskazał palcem na pompę, którą wcześniej przypiąłem do spodni, gdy je zakładałem.

- A to ciebie? – Popatrzyłem na urządzenie i zastanowiłem się przez chwilę.

- Czasami, kiedy muszę podpiąć kabelek do mojego brzucha – przyznałem. Pokiwał głową ze zrozumieniem i przez chwilę milczał. – Albo do pupy – dodałem, aby poprawić mu trochę humor na co parsknął śmiechem. Aj, te dzieci łatwo rozbawić! Muszę z nimi częściej przebywać, Luke i Kkaniee w ogóle nie łapią mojego humoru.

- Mnie też boli czasami – powiedział po chwili ciszy.

Z jakiegoś powodu czułem, że nie mówił prawdy. Miał dosłownie kwiatka w ranie, jak mogło go to nie boleć? Przy każdym ruchu tej ręki powinno go boleć, a przynajmniej tak sobie to wyobrażałem. Chyba próbował być przede mną twardy.

Rozejrzałem się po pomieszczeniu. Kurtyny były rozsunięte, bo nie miały czego zasłaniać. Leżeliśmy na tej sali tylko my dwaj. A właściwie on sam, ja tam byłem tylko na chwilę. On musiał leżeć już od jakiegoś czasu. Miał na sobie piżamkę szpitalną, obok łóżka stała kroplówka, którą zapewne podłączano mu w nocy, na stoliku dwie figurki akcji z ruchomymi kończynami i pluszowy miś, trzymający w łapkach kwiatka. Nie do końca rozumiałem, o co chodziło z tymi roślinami. Czy one miały jakoś leczyć jego rany?

- Po co ci ten kwiatek tam w środku? – zapytałem prosto z mostu.

- Nie wiem – odparł. – Tak sobie rośnie. Na brzuchu mam więcej – dodał, po czym odsunął lekko kołdrę i podwinął koszulkę swojej piżamy, a ja otworzyłem usta w ciężkim szoku. Ten dzieciak miał na brzuchu całą grządkę. Kilkanaście małych kwiatuszków wyrastało mu spod skóry. Nie było śladu krwi, tak jak w tej świeżej ranie na ręce, ale wyraźnie było widać, że roślinki wyrastały mu z ciała. To nie lekarstwo, pielęgniarka nie używała ich do leczenia. Te kwiatki musiały być jego chorobą, wychodzić z niego na wierzch, jak w ogrodzie… aaaa! Teraz zaskoczyło. To najobrzydliwsza rzecz, jaką w ostatnim czasie dane mi było oglądać.

- Osz ty w mordę – mruknąłem pod nosem, po czym zakryłem usta dłonią, kiedy nagle dotarło do mnie, że siedzi przede mną dziecko. – Nie słyszałeś tego – powiedziałem, a chłopiec zaśmiał się cicho, rozbawiony moją wpadką. Był jeszcze niedospany, ale najwyraźniej poprawiałem mu humor. Zasłonił swoją mini plantację na brzuchu i dokończył pić lekarstwo. Wziąłem od niego szklankę, by odstawić ją na stolik, a potem podałem mu butelkę z wodą.

- Długo już leżysz w tym szpitalu? – zapytałem.

- Dwa tygodnie – odparł. – Za kilka dni mama mnie stąd zabierze do domu, ale pewnie niedługo wrócę. Szkoda, że musi pan sobie już iść. – Chłopiec posmutniał.

- Ej, nie jestem „pan” – jęknąłem, teatralnie urażony, żeby tylko zmienić temat. – Mów na mnie Chris. Jesteśmy pewnie prawie w tym samym wieku, ile masz lat?

- Dziewięć – powiedział.

- No – mruknąłem tak, jakbym miał absolutną rację. – Ja trochę więcej, ale nie dużo. – Tylko drugie tyle, ale co to jest w perspektywie wieczności, pomyślałem. – Możemy być kolegami, jak chcesz – zaproponowałem. Rubi kiwnął głową z radością, a jego uśmiech ucieszył i mnie. – Pokaże ci coś fajnego. Patrz…

Wyciągnąłem dłoń przed siebie i powiedziałem głosem super bohatera:

- Rękawica, aktywacja! – Po tym po mojej dłoni zaczęło płynąć złoto i po kolei budowało ruchomą rękawicę, której używałem do walki. Była częścią mojej zbroi i jedną z pierwszych, użytecznych rzeczy, które nauczyłem się wytwarzać. Składała się z kilkudziesięciu ruchomych części i miała ładne zdobienia. Te również dość długo projektowałem, chociaż wcale nie było to potrzebne. Wyglądało natomiast epicko!

Chłopiec, widząc moją prezentację epickiej rękawicy, otworzył usta i oczy szeroko i co chwila komentował ją z zachwytem.

- Jak to zrobiłeś? Jesteś super bohaterem? – zapytał w którymś momencie, a ja nie wiedziałem, jak na to odpowiedzieć. Znałem kilku bohaterów, ale czy sam zasłużyłem sobie na taki tytuł?

- Nie, chyba nie jestem – zaśmiałem się. – Ale chciałbym być – przyznałem.

- Mogę ją założyć? – zapytał

- Pewnie. Jak wypijesz wodę!

Chłopiec natychmiast odkręcił butelkę i wypił haustem tak dużo, ile tylko mógł na jeden raz. Później ponowił to jeszcze dwa razy i zrobiliśmy sobie przerwę na rozmowę moich super mocach. W końcu udało mu się wypić ustaloną ilość, za co zabiłem mu brawo.

- Pół litra wody w pięć minut, stary! Jesteś w tym dużo lepszy niż ja!

Sam powinienem pić dużo wody, tymczasem dobrze było, jak łyknąłem dwie szklanki dziennie.

- Czy mogę teraz? – poprosił z ekscytacją, wyciągając ręce w kierunku mojej rękawicy.

- Jasne!

Ściągnąłem ją z dłoni i wsunąłem chłopcu na dłoń. Na mój wewnętrzny rozkaz skurczyła się do jego rozmiarów, ale wciąż była dość ciężka i opadła na jego nogi. Mimo wszystko cieszył się, że mógł ją założyć, chociaż w pewnym momencie zaczął się krzywić na twarzy, a ja obserwowałem go z uwagą, zmartwiony coraz bardziej. Wyglądał tak, jakby coś go bolało z każdą sekundą coraz bardziej. Wystraszony wstałem z krzesła i wybiegłem na korytarz, by zawołać kogokolwiek, kto mógłby mu pomóc, albo przynajmniej wiedziałby o co chodziło. Gdy wróciłem do pomieszczenia z pielęgniarką i lekarzem dyżurującym, chłopiec głośno płakał i zwijał się z bólu.

Lekarz i pielęgniarka natychmiast zajęli się cierpiącym chłopcem, oglądali go z każdej strony i próbowali się dopytać, (bezskutecznie) co go bolało. W końcu mężczyzna podwinął koszulkę chłopca i wszyscy zobaczyliśmy, jak kwiatki, które wyrastały mu z brzucha więdną w zastraszającym tempie.

- Co to jest? – zapytał lekarz, próbując ściągnąć z dłoni małego pacjenta złotą rękawicę, ale ten mocno zaciskał pięści. – To od pana? – zapytał, a ja pokiwałem głową, przerażony. – Musi mu pan to zdjąć i spróbować go jakoś uspokoić, ja lecę po narzędzia.

Narzędzia! Jakie? Grabki i konewkę? Co tu, do cholery zrobić, kiedy dziecku więdną kwiatki na brzuchu?! – myślałem, podchodząc do chłopca. Po drugiej stronie łóżka szpitalnego pielęgniarka mocowała się z kroplówką.

- Hej, chłopie – zacząłem, próbując brzmieć uspokajająco, ale sam byłem rozwalony w środku. Popatrzyłem na rękawicę. Chłopiec ani myślał otwierać pięści, więc zdecydowałem, że ją usunę. Dotknąłem metalu, a ten rozpłynął się w powietrzu i zupełnie zniknął. Pielęgniarka zobaczywszy to, wlepiła we mnie wzrok, zaskoczona i chyba zła.

- Jak to zrobiłeś? – zapytała takim głośnym szeptem.

- Ja, e… - zająknąłem się zestresowany. – Jestem Medalionem. Potrafię wytwarzać metal z powietrza.

Tak nie do końca, to to działało, ale nie było czasu na wyjaśnienia.

- Wyjdź stąd – syknęła kobieta, mordując mnie spojrzeniem. To było nie w porządku. Przecież to nie moja wina, a poczułem się przez nią, jak najgorszy zwyrol. Wyszedłem z pomieszczenia, ale czekałem na korytarzu. Akcja w środku trwała jakieś dziesięć minut. Potem przybiegło więcej lekarzy i zabrali chłopca do sali operacyjnej. Serce mi pękało i bałem się o to dziecko bardziej niż o własne życie poprzedniego wieczora.

W końcu musiałem wyjść ze szpitala. W drodze do wyjścia zadzwoniłem do pana Hala. Odebrał, jak zawsze i od razu ochrzanił za moje wczorajsze nieodpowiedzialne zachowanie. Zignorowałem to i od razu zapytałem o przypadłość Rubena. Diabetolog opowiedział mi o Ogrodach, aczkolwiek dosyć niechętnie i bardzo zwięźle. „To choroba autoimmunologiczna, dlatego w niezbyt zaawansowanym stadium może przebywać w tym samym pomieszczeniu z innymi, na przykład z cukrzykami, jak ty” tłumaczył. Kiedy zapytałem, czy to mogło być jedno ze Skażeń tylko westchnął i zapewniał mnie, że Ogrody nie mają nic wspólnego z demonami, potworami ani żadnymi innymi bajkowymi stworzeniami. Niby wiedział, że posiadałem Dar, ale jakoś nie potrafił uwierzyć w rzeczywistość duchową naszego świata. Zawsze próbował naukowo wyjaśniać wszystkie nienaturalne zjawiska, o których się mówiło.

Było po siódmej, kiedy zerknąłem na wyświetlacz telefonu. Nie opłacało mi się jechać do domu po plecak, więc udałem się prosto do szkoły, mimo, że nie miałem przy sobie dosłownie niczego potrzebnego na zajęcia. Musiałem jak najszybciej spotkać się z moją przyjaciółką. Ka, to chodząca księga wymiaru duchowego, na pewno wiedziała coś na ten temat. A jeśli Ogrody były Skażeniem, jak mi się wydawało, to ona wiedziała o nim wszystko.

 

Złapałem ją przed wejściem do szkoły, na dziedzińcu. Oczywiście pojawiłem się tam chyba jako pierwszy, nie licząc personelu placówki, więc trochę sobie na nią poczekałem. Jeszcze przed rozpoczęciem zajęć odpowiedziała mi na każde pytanie i miałem rację. Jasne, że miałem rację, to nie jest normalne, żeby ludziom z brzucha wyrastały rośliny.

- Twoje złoto dotknęło któregoś z tych kwiatków? – zapytała, gdy staliśmy pod jej klasą w oczekiwaniu na zajęcia.

- Chyba nie – odparłem. Starałem się odtwarzać w myślach sytuację ze szpitala. – Po prostu ją założył na prawą rękę, śmiał się chwilę i nagle zaczął zwijać się z bólu.

- Jesteś pewny, że to nie przez twoją rękawicę? – dopytywała. – Nie zacisnąłeś jej mu za mocno przez przypadek, czy coś?

- No co ty! – zaprzeczyłem, urażony, krzyżując ręce na torsie. – Potrafię panować nad Zbroją. Mam ten dar już jakieś pięć lat, jak nie dłużej. Poza tym zdjąłem mu ją później i wcale nie było lepiej. Zabrali go na salę operacyjną.

- Ojeny – mruknęła cicho, dotknięta tą smutną informacją. – Słuchaj. Ogrody to reakcja organizmu dziecka na truciznę potwora, który musiał je zranić przed szóstym rokiem życia, zanim jeszcze wkroczyło w wiek samoświadomości. Ten chłopiec ma w sobie płynną ciemność. Ty niesiesz ze swoim medalionem i Darem światło. To musiała być jakaś reakcja mroku na twoją obecność.

- Czyli to serio moja wina? – zapytałem piskliwym głosem z nerwów.

- Nie, Chris, to wina potwora, który zranił tego chłopca – odpowiedziała twardo, patrząc mi prosto w oczy. – Ty nie zrobiłeś nic złego.

- Ale on teraz cierpi – Powstrzymywałem się siłą, żeby z oczu nie popłynęły mi łzy. Za dużo emocji, jak na… tych kilka ostatnich godzin i wczorajszy wieczór.

- I to nie jest twoja wina, zrozum, proszę.

- Jakby mnie tam nie było, to nic takiego by się nie wydarzyło! – warknąłem, wyprowadzony z równowagi.

- A skąd wiesz, co by się wydarzyło? – odwarknęła mi tak samo groźnie, co trochę stłumiło mój własny gniew. – Przynajmniej miałeś okazję go poznać. Może jeszcze da się coś zrobić, może skontaktujemy się z Uzdrowicielem z Korpusu Dziesiątego, albo może Venn coś na to poradzi. Chris, możesz go uratować! Skup się na tym, jak to zrobić dla odmiany, zamiast obarczać się niepotrzebnie odpowiedzialnością za jego zły stan zdrowia.

Dziwnie się poczułem, kiedy to powiedziała. Tak, jakby dotknęła jakiegoś wrażliwego punktu gdzieś wewnątrz mnie, o którym nawet nie miałem pojęcia. Nie odzywałem się już, nie patrzyłem na nią, tylko gdzieś w dół, próbując dojść, co było tym delikatnym punktem.

Przyszedł czas, by grupa Kkaniee weszła na swoje zajęcia do klasy, więc pożegnała się ze mną i zostałem sam na korytarzu.

Jak mogłem nie obarczać się odpowiedzialnością za jego ból, skoro, to przeze mnie go odczuwał? Racja, powinienem skupić się na tym, jak mu pomóc, ale nie mogłem przestać myśleć o tym, że to wszystko przeze mnie. Usiadłem na podłodze pod ścianą.

- Mizu? – odezwałem się, by sprawdzić, czy moja strażniczka jest gdzieś w pobliżu.

Słucham, słońce? – odezwała się po chwili w mojej głowie ciepło i uspokajająco.

- Jaki jest mój problem? – zapytałem i po chwili ciszy znów mogłem ją usłyszeć.

Nazwijmy to kolejnym zadaniem – powiedziała. – Będziemy teraz pracować nad świadomym wybieraniem, czemu powinieneś poświęcać swoją uwagę, energię i emocje.

- Ile to potrwa?

To będzie długotrwały proces. Powiedziała to z uśmiechem. Możliwe, że zajmie to kilka lat.

Westchnąłem ciężko, opierając tył głowy o ścianę.

- No dobra, to zaczynajmy. Co mogę zrobić, żeby pomóc Rubenowi? 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz