1
O B S E R W A T O R
Moje życie wyglądało do bólu zwyczajnie. Wstawałem rano, jadłem śniadanie na spokojnie, jechałem pociągiem do szkoły, na każdych zajęciach stresowałem się i bardzo ciężko pracowałem na dobre oceny. Coś, co z własnego doświadczenia zna większość nastolatków. Później wracałem do domu, czytałem książki psychologiczne, kryminały i inne ciekawe historie. Wszystko było zupełnie zwyczajne, dopóki nie poznałem Christophera Lee. Ten człowiek obrócił moją rzeczywistość o sto osiemdziesiąt stopni.
Chodziliśmy do tej samej pierwszej szkoły, a później do szkoły uniwersalnej. Znałem go oczywiście na długo, zanim on poznał mnie i pewnie teraz powinienem się z tego wytłumaczyć. Otóż, mam takie hobby, które polega na obserwowaniu ludzi i analizowaniu ich zachowań w grupie i społeczeństwie. Wcale nie staram się przekonywać nikogo, że to zupełnie normalne i wszystko było ze mną w porządku. Może faktycznie byłem dziwny. Może nadal jestem. Wtedy znacznie bardziej bałem się kontaktu z ludźmi, konieczności rozmowy, czy w ogóle komunikacji. Jakoś nie szło mi zaprzyjaźnianie się z rówieśnikami. Swój wolny czas spędzałem sam ze sobą i ani mi, ani nikomu innemu nigdy nie zależało, żeby to zmieniać. Z jakiegoś powodu, jednak obserwowanie ludzi sprawiało mi ogromną przyjemność i dawało pewien poziom zrozumienia ich zachowań. Nie robiłem notatek z tego, co zauważałem, ale gdzieś podświadomie zapisywało się to wszystko w mojej głowie.
Od dziecka jedynymi osobami, z którymi zobowiązany byłem budować relacje, byli dorośli; moi rodzice, opiekunki, nauczyciele. Rozmowy z nimi były zwykle łatwe i przewidywalne. Dojrzali ludzie potrafią myśleć logicznie i kontrolować własne emocje, nawet jeżeli coś im się nie podoba, przedstawiają to z opanowaniem. Mowa, rzecz jasna, o dorosłych, z którymi to ja miałem możliwość budować relacje. Jak się okazuje, nie wszyscy dorośli są dojrzali emocjonalnie i nie zawsze w taki sposób komunikują swoje potrzeby, czy opinie, co zaobserwowałem w zasadzie dość późno, bo między czternastym a szesnastym rokiem życia. W tamtym czasie byłem już nazywany przez Chrisa, jego najlepszym przyjacielem (dla mnie osobiście było jeszcze za wcześnie na takie spoufalanie).
Zaczęło się to w szkole uniwersalnej, na korytarzu, w przerwie między zajęciami. Chris od zawsze znany był nie tylko ze swojego wzrostu, ale również z przedziwnego poczucia humoru, które większości naszych rówieśników musiało przypaść do gustu znacznie bardziej niż mnie. Zawsze obracał się w kręgu uczniów, którzy lubili posłuchać wymyślanych przez niego żartów, czy zabawnych historii, ale nigdy nie była to stała grupa. Nie miał w szkole jednego znajomego, z którym spędzał przerwy i można byłoby stwierdzić, że są naprawdę blisko. Wkręcał się w istniejące grupki i z jakiegoś powodu go w nich akceptowano. Znał wszystkich, zawsze angażował do rozmowy, czy zabawy każdego, kto zbłąkał się gdzieś niedaleko. Któregoś razu zauważył i mnie. Pewnie, gdybym nie przyglądał się grupie, w której w tamtym momencie przebywał, nie zwróciłby na mnie szczególnej uwagi. Mimo swojej nadpobudliwości, która wtedy bardzo wyraźnie dawała mu się we znaki, był wrażliwym dzieciakiem. Próbował mnie zachęcić, abym dołączył do nich, a ja odmówiłem. Sytuacja powtórzyła się na przestrzeni kilku miesięcy kilkakrotnie, zdarzało się nawet, że zwyczajnie uciekałem, żeby spędzić przerwę w innym miejscu i nie stawiać samego siebie w podobnej sytuacji drugi raz tego samego dnia.
W końcu chyba do niego dotarło że nie jestem duszą towarzystwa, jak on, dlatego podszedł do mnie całkowicie sam. Rozmawiał ze mną inaczej, niż będąc w grupie, ale wciąż jak nastolatek, co na początku stanowiło dla mnie poważną barierę. Pamiętam, że kiedy tylko ze mną rozmawiał, odczuwałem presję bycia, jak inni i stresowałem się przez to, że nie nadążałem. W końcu nawet mu o tym opowiedziałem, cały spięty. Wyobrażałem sobie jego reakcję i żałowałem tego już w momencie, kiedy się wypowiadałem. Chris natomiast zaśmiał się głośno i klepnął mnie w ramię z rozbawieniem, (co szczerze mówiąc na moment mnie sparaliżowało) a potem odpowiedział, że nigdy by się ze mną nie zaprzyjaźnił, gdybym był taki, jak cała reszta.
– Normalni ludzie zachowują się normalnie – mówił – co w tym ciekawego?
Niby logiczne, ale ja wtedy doznałem oświecenia. Czasami trzeba usłyszeć pewną prawdę od kogoś innego w konkretnej sytuacji, żeby naprawdę dotarł do nas sens tego, o czym zdawało nam się, że wszystko doskonale wiedzieliśmy.
Dzięki temu, że mogłem go poznać, moje oczy otworzyły się na nowe rzeczy (całkiem dosłownie, o czym przekonacie się wkrótce). Dotychczas żyłem w przekonaniu, że ludzie spędzają czas z tymi podobnymi do nich, że różnice dzielą, a nawet odpychają. Jeżeli chcesz być kochany, musisz dać od siebie coś, co wiesz, że ktoś inny kocha. Nigdy nie przypuszczałem, że wielki, wysportowany i trochę tępawy chłopak z problemami zachowawczymi mógłby się zaprzyjaźnić z małym, nieśmiałym – na domiar złego pozbawionym poczucia humoru - kujonem z klasy niżej. Ten głupawy śmieszek nauczył mnie, że nie musisz stawać się kimś, kogo ktoś inny mógłby pokochać, ale w końcu ktoś pokocha ciebie za to, kim ty już jesteś.
To miało być opowiadanie, a zamieniło się w tekst motywacyjny, czego nie planowałem, ale też jakoś szczególnie mnie to nie zaskoczyło. W każdym razie, nie miałem na celu przekazywać tajemnej wiedzy o życiu, tylko opowiedzieć to, co wydarzyło się w moim. Po tym, jak zostałem obdarowany głęboką i piękną przyjaźnią, nie zostałem taki, jakim poznał mnie Christopher, a później również Kkaniee, z którą trafiłem do tej samej klasy w szkole uniwersalnej. Miałem jednak to szczęście, że nie zdecydowałem się zmieniać tego, kim byłem tylko po to, by wkupić się w łaski kogoś, na kim mi zależało. Za to ktoś zupełnie obcy postanowił poświęcić mi swój czas i energię, by móc mnie poznać i pokochać wszystko to, na co składała się moja osoba, żebym mógł stawać się kimś jeszcze lepszym. A to nigdy nie obchodzi się bez trudności.
Dla mnie największą trudnością zawsze był strach. Strach przed odrzuceniem, przed porażką, przed nieznanym, przed samotnością. To wszystko sprowadzało mnie do punktu wyjścia. Do poziomu zero. Nie podejmowałem żadnego ryzyka, więc niczego nie traciłem, ale też nic nie zyskiwałem. Z jednej strony nie przeszkadzało mi to wcale - siedziałem sobie we własnej bańce komfortu, gdzie wszystko miało swój porządek, określone miejsce i sens. Nie lubiłem odczuwać wielkich emocji, jak smutek, fascynacja, ekscytacja, złość, stres. A jednak co jakiś czas w moją bańkę uderzały pociski tego typu i wszystko, co miałem poukładane wewnątrz niej, nagle się trzęsło i czasem rozpadało. Chris był jednym z tych pocisków. Dawał mi nadzieję, ekscytację i radość. Kkaniee uderzała z nieznanym, ponadnaturalnością i odwrotnością logiki. Nabi stała się pociskiem dyskomfortu i fascynacji. Poznanie tej fantastycznej grupy zatrzęsło całym światem, który starannie w sobie budowałem i planowałem. Ostateczny cios zadałem sobie sam, podjąwszy decyzję o przyjęciu Daru i dołączeniu do Ruchu Medalionów.
Każdy otrzymuje medalion w inny sposób. Kkaniee został on przekazany przez ojca, kiedy jeszcze była dzieckiem. Nabi swój znalazła we własnym pokoju, a Christopher otrzymał go chyba w najbardziej spektakularny sposób, jaki można by sobie wyobrazić. W dużym skrócie - miał wypadek, z którego wyszedł cało tylko i wyłącznie dlatego, że uratowała go jego strażniczka, ingerując w świat materialny (czego aniołom zwykle nie wolno robić). W moim przypadku zaczęło się trochę tak, jak cały ten tekst; zwyczajnie. Później zrobiło się dziwnie, a koniec końców nawet przerażająco. I tak już zostało. Kiedy zdecyduję się przyjrzeć temu, co z pozoru wydaje się zwyczajne, zawsze z tym samym zaskoczeniem odkrywam, że świat w każdym ze swoich wymiarów kryje zupełnie inną prawdę.
2
W I D Z Ą C Y
Miałem piętnaście lat i kończyłem ostatni rok szkoły uniwersalnej. Każdy kto kończył kiedyś pewien etap nauki zdaje sobie na pewno sprawę, że niesie to ze sobą ogromną ilość stresu. Szczególnie, kiedy ten ktoś narzucał na siebie więcej presji, niż to w ogóle konieczne. Jeśli byłem w czymś ponadprzeciętnie dobry, to właśnie w tym.
Miało to swoje plusy, bo presja i stres przynosiły efekty w postaci świetnych wyników w nauce, a więc zadowolenie rodziców i w przyszłości także możliwość uczęszczania do dobrej szkoły specjalistycznej. Później dobrze płatna praca i wtedy zaczęło by się w końcu moje życie. Przynajmniej taki był plan - ciężko pracować, aby móc rozpocząć kolejną ciężką pracę, tylko bardziej opłacalną. Minusy narzucania sobie samemu presji, to brak snu, (spowodowany zarówno nocnym zakuwaniem, jak i stresem) wieczne zmęczenie fizyczne i emocjonalne oraz brak życia towarzyskiego. Do połowy szkoły uniwersalnej nawet przez myśl by mi nie przeszedł inny sposób przebrnięcia przez uniwersalik. Jak już wcześniej wspominałem, właśnie wtedy mój genialny, spokojny plan na życie zderzył się ze ścianą w postaci przerośniętego cukrzyka z klasy wyżej. Potem on poznał mnie z jego przyjaciółką, która chodziła ze mną do jednej klasy od początku szkoły uniwersalnej. Kkaniee wtedy poznała mnie z Nabi, a ona... jeszcze wtedy była całkiem nieśmiała, ale przemiła w obyciu. Łączyło nas wtedy więcej, niż kiedykolwiek później. Byliśmy podobni w tym, jak odczuwaliśmy presję społeczną, czy tą, narzucaną nam przez rodzinę. W pewnym momencie jednak zaczęliśmy się rozjeżdżać w dwie różne strony. Może to głównie kwestia dorastania, a ja będąc chłopakiem nie byłem w stanie jej zrozumieć, ale oprócz tego widziałem, że działo się coś jeszcze. Coś, czego pozostała trójka z nas nie była w stanie dostrzec, ani jej w tym pomóc.
Kiedy zacząłem spędzać więcej czasu z moimi nowymi znajomymi, jednocześnie trochę mniej poświęcałem na naukę i resztę dotychczasowych zainteresowań. Z początku zmuszał mnie do tego Chris, a ja za bardzo się bałem mu odmówić. Później jakoś przypadkiem poznałem jego Dar, którym była Żelazna Zbroja i naturalnie zainteresowałem się, tym zjawiskiem. Przypomniały mi się wakacje w Santos, gdzie pewna dziewczyna na plaży manipulowała wodą - tak jakby siłą woli i ruchami rąk nakazywała jej unosić się i formować kształty. W tamtym kraju, jednak zupełnie inaczej postrzegano osoby ponadnaturalnie uzdolnione. W Halldarze Medaliony spotykały się z negatywnym odbiorem, teoriami spiskowymi i nieuzasadnioną niechęcią.
Któregoś dnia Kkaniee również zaprezentowała mi swój Dar, zupełnie inny, niemal niedostrzegalny, dla zwykłego człowieka. Z początku czułem się dziwnie i nie wiedziałem, co myśleć na ten temat. Zbyt wiele złego słyszałem o Medalionach, żeby podejść do tego bez żadnych obaw. Z drugiej strony, jednak ta dzika, dziecięca ciekawość znowu się gdzieś we mnie zagnieździła i nie chciałem się pozbywać tego uczucia. Nie wiedziałem, czy powinienem im ufać, ale kto, jeśli nie oni mógłby dać mi odpowiedzi na pytania, które ponownie zaczęły zasypywać moją głowę? To tak, jakbym w jakiejś części stał się na nowo tamtym ciekawskim dzieciakiem, który w wakacje przypadkiem dotknął innej rzeczywistości. Takiej, co być może kryła w sobie prawdę, sens, głębię, która mogłaby wypełnić pustkę wewnątrz mnie. Sama myśl, że zupełnie inny, obcy świat mógł istnieć tuż obok, przyprawiała mnie o ciarki ekscytacji.
Decyzji nie podjąłem od razu. Był to proces, który trwał mniej więcej półtora roku. Rozmawiałem z Chrisem i Kkaniee w szkole i poza nią, bo (przypadkiem lub nie) mieszkaliśmy wszyscy w tym samym miasteczku, na wschód od stolicy - w Jinshil. Przypatrywałem się ich treningom i zadawałem masę pytań, z czego na większość nie uzyskałem od nich odpowiedzi. Trudno się dziwić, mieli wtedy po czternaście i piętnaście lat. Sami musieli się w jakiś sposób tego dowiadywać.
Moje wyniki w nauce nieznacznie spadły. Zdawałem sobie sprawę, że powinienem jakoś odrabiać stracony na zabawę czas, dlatego zacząłem siedzieć w książkach po nocach. Czasami przez to zasypiałem na zajęciach, w pociągu, albo spóźniałem się na oba, ale przynajmniej wyrównałem wyniki.
Moi rodzice, chociaż wiecznie zapracowani, zauważyli to. Dotąd nigdy nie zabraniali mi spotykania się ze znajomymi, a nawet zachęcali mnie do tego, gdy dowiedzieli się o trójce nastolatków z naszego miasteczka, która sama z siebie chciała się ze mną przyjaźnić. Odsuwali gdzieś na bok swoje uprzedzenia do ponadnaturalnych mocy i udawali, że niezbyt im to przeszkadzało. Kiedy jednak w grę zaczęła wchodzić szkoła, przyszedł czas na naradę w rezydencji Willsonów.
— Luke. — Mama pierwsza odezwała się przy obiedzie. Odkąd wróciłem do domu, czułem, że atmosfera gęstniała, przygotowując nas do poważnej rozmowy. Zwykle wracaliśmy do domu o podobnych godzinach; ja ze szkoły, a oni z pracy około szesnastej, dlatego kiedy przekroczyłem próg domu, rodzice już tam byli i zauważyłem, że wymieniali między sobą porozumiewawcze spojrzenia co jakiś czas.
Podniosłem wzrok znad talerza, domyślając się, jaki temat chciała poruszyć i jak miał się zakończyć tamten posiłek. Przez chwilę w głowie próbowała dobrać odpowiednie słowa.
— Jak się czujesz? — zapytała w końcu, a w jej głosie brzmiała zwykła troska, żadnego oskarżenia. Chociaż ja zdawałem sobie sprawę, że oczekiwała poważnej i szczerej odpowiedzi. Jeżeli coś wyprowadzało ją z równowagi, to ignorancja i brak szacunku. W naszej rodzinie się z tym nie spotykała.
Zerknąłem na ojca przelotnie, tylko po to, żeby zobaczyć, że również mi się przygląda w oczekiwaniu na odpowiedź.
— Dobrze — odezwałem się w końcu po chwili ciszy, w której próbowałem wyczuć ich intencje. — Nie wyspałem się, jestem trochę zmęczony — dodałem prędko. — To nic takiego, pójdę dzisiaj wcześniej spać i wrócę do życia.
Spróbowałem kontynuować jedzenie, ale wtedy odezwał się ojciec.
— A jak mają się twoi przyjaciele? — O ile akceptowali i nawet lubili Kkaniee, to Chrisa nie bez powodu zawsze traktowali z dystansem. — Oni też tak źle sypiają?
— Nie wiem — mruknąłem, spinając się lekko. Rodzice bardzo szybko przechodzili do sedna. — Myślę, że mają się dobrze. Kiedy widziałem się z nimi dzisiaj w szkole, nic nie wskazywało na to, żeby było inaczej.
— To znaczy, że z całej grupy tylko tobie szkodzi ta znajomość? — Ojciec nie krzyczał, starał się mówić spokojnie, chociaż słychać było cień irytacji w jego głosie. Próbowałem wytrzymać jego spojrzenie, ale sam opuściłem w końcu wzrok na blat stołu, przy którym siedzieliśmy.
— Alexander, proszę... — Na słowa mamy, odetchnął głębiej i odłożył sztućce na talerz, by po chwili oprzeć łokcie na stole i spleść swoje dłonie ze sobą. Tym samym oddał jej prawo do prowadzenia rozmowy. — Razem z twoim tatą zauważyliśmy, że ostatnimi czasy bardzo często przebywasz w towarzystwie przyjaciół. Nie chcemy, żebyś nas źle zrozumiał. Bardzo nas cieszy fakt, że w końcu znalazłeś sobie towarzystwo w swoim wieku. — Powoli podniosłem głowę i popatrzyłem jej w oczy. — Twoje zdrowie jest jednak dla nas ważniejsze, niż to, że dobrze się bawisz.
— Kończysz w tym roku uniwersalik*, musisz się skupić na nauce...
— Tak, wiem — wtrąciłem zniecierpliwiony, co zaskoczyło ich oboje — uczę się przecież. Staram się, naprawdę. Poza tym to nie tak, że nagle zawalam szkołę. Wszystko jest tak, jak wcześniej.
Czułem się bezpodstawnie oskarżany i bardzo nie chciałem, żeby to zakończyło się jakimś zakazem, zwłaszcza jeśli musiałbym pożegnać się z przyjaciółmi. Chyba dopiero w tamtym momencie uświadomiłem sobie, jak bardzo mi na nich zależało
Przez chwilę trwaliśmy w ciszy. Twarze rodziców malowało zdziwienie. Widziałem, jak matka powstrzymuje narastający wybuch. Odłożyła sztućce na talerz, który po chwili odsunęła od siebie, po czym wsparła się na stole rękami i wstała. Odeszła szybkim krokiem w stronę łazienki, a ja nie wiedziałem, co się działo. Skakałem wzrokiem z ojca, na korytarz, szukając jakiegokolwiek wytłumaczenia jej zachowania, ale on zdawał się być równie zaskoczony, co ja. Po chwili wróciła z łazienki, trzymając w dłoni lusterko wielkości małego owalnego talerza, zatrzymała się po mojej lewej stronie i wcisnęła mi je w ręce.
Matka zawsze była bardziej emocjonalna niż ojciec, ale zazwyczaj się kontrolowała. Nigdy nie widziałem, by płakała, bardzo rzadko krzyczała. Negatywne emocje wyrzucała z siebie, uprawiając sport. Dlatego właśnie takie nagłe, nieprzewidywalne działania zaburzały mój wewnętrzny porządek życia. Zawsze myślałem, że jestem bardziej podobny do ojca pod tym względem, ale tamta sytuacja przy obiedzie pokazała mi, że było odwrotnie. Po prostu do tego czasu nic aż tak nie angażowało mnie emocjonalnie.
— Patrz — nakazała, wskazując na lusterko, które teraz ściskałem w dłoni. Rzuciłem jej jeszcze niepewne spojrzenie i wykonałem polecenie. — Popatrz na siebie i powiedz mi prosto w oczy, że tak wygląda zdrowy człowiek.
Przyjrzałem się swojemu odbiciu. Jasne oczy miałem zaczerwienione, od nocnego gapienia się w ekrany urządzeń elektronicznych, a sińce pod oczami znacznie ciemniejsze, niż zwykle. Poza tym moja twarz wydawała się jakąś szara, a włosów dzisiaj nawet nie rozczesałem, więc naturalnie poplątały się i roztrzepały.
Przez chwilę jeszcze rozważałem w głowie, czy mój wygląd był faktycznie tak poważnym problemem, ale w końcu się ugiąłem. Nawet nie przez to, że wyglądałem, jak bezdomny, ale coś w środku mówiło mi, że już długo nie mógł bym w takim stanie pociągnąć. Doba stała się dla mnie zbyt krótka, by pogodzić naukę i zabawę. Przynajmniej, jeśli nadal chciałbym utrzymać idealne wyniki i później iść do jednej z lepszych szkół specjalistycznych.
Oddałem mamie lusterko, podziękowałem za obiad i odniosłem talerz do zlewu. Kiedy jeszcze przy nim stałem, usłyszałem, że chcą, abym przynajmniej do końca sezonu szkolnego zrobił sobie przerwę od znajomych. Pokiwałem głową i wyszedłem z jadalni w stronę swojego pokoju.
Wtedy na korytarzu usłyszałem swoje imię. Wróciłem, więc do rodziców i popatrzyłem na nich z oczekiwaniem. Ci jednak patrzeli na mnie z podobnymi wyrazami twarzy do mojego.
— Słucham? — odezwałem się w końcu, przerywając niezręczną ciszę. — Wołaliście mnie.
— Nie wołaliśmy — odparł ojciec, marszcząc brwi na czole. Z lekka zdezorientowany opuściłem pomieszczenie raz jeszcze.
Luke — Po raz kolejny usłyszałem swoje imię. Miałem wrażenie, że to moi rodzice, ale nie rozumiałem, dlaczego mieliby robić sobie żarty w takiej sytuacji. Zwłaszcza, że nigdy nie słyszałem, żeby w jakiejkolwiek innej sobie żartowali. Cofnąłem się i zerknąłem ukradkiem do jadalni. Mama rozmawiała po cichu z tatą i absolutnie nic nie wskazywało na to, by chcieli mi coś jeszcze powiedzieć.
Luke Willson — tym razem dotarło do mnie, że głos słyszałem w swojej głowie. To bardzo dziwne uczucie, jakby ktoś włamał się do moich myśli i próbował się ze mną porozumieć telepatycznie. Walczyłem przez chwilę z paraliżującym strachem i rozejrzałem się dookoła, nadal mając nadzieję, że ktoś znajdował się w pobliżu i jednak miało to jakieś sensowne wytłumaczenie oprócz tego, że traciłem zmysły z powodu braku snu.
Wyjdź na podwórko.
Bardzo nie chciałem tego robić. Miałem za to wielką ochotę zignorować tę dziwną sytuację, wmówić sobie, że to nie prawda i zamknąć się w swoim świecie wewnętrznym. Tylko jak, kiedy w moim świecie nagle pojawił się niewidzialny głośnik, z którego coś mnie wzywało do wyjścia na zewnątrz?
Nie bój się — głos odezwał się uspokajająco. — Jestem tu po to, żeby ci coś przekazać.
— Kim... kim jesteś? — wyszeptałem, kierując się powoli w stronę dwuskrzydłowych drzwi wejściowych.
Możesz mi mówić Meai. Jestem kimś, kto opiekował się tobą odkąd przyszedłeś na świat.
Otworzyłem drzwi i stanąłem na szarych, betonowych schodkach. Rozejrzałem się po podwórku i na samym środku, dokładnie naprzeciwko mnie zobaczyłem lisa w najbardziej nienaturalnym kolorze, jaki mógłbym sobie wyobrazić. Obrazek, niczym z rysunku pięciolatka. Błękitny lis na ciemnozielonej trawie, trzymający w pysku jakiś łańcuszek. Spróbowałem poruszyć się nieznacznie, by zobaczyć, czy spłoszy to dziwne zwierzę. Lis nie drgnął. Mrugał jedynie, przyglądając się moim ruchom i oddychał spokojnie. Postanowiłem podejść bliżej.
— To... To ty do mnie mówisz? — zapytałem, świadomy, jak irracjonalnie brzmiały moje słowa. Lis kiwnął głową. — Czy jesteś... aniołem?
Zwierzę poruszyło ogonem, jak szczęśliwy szczeniak i również powoli zbliżyło się do mnie. Uklęknąłem, alby być bardziej na poziomie istoty (bo chyba właśnie tak powinienem go nazywać). Gdy podchodził, coraz wyraźniej widziałem, jego błękitne futro i białą końcówkę kity, czarne oczka błyszczące, jak rozgwieżdżone nocne niebo, ciemne łapki i dopiero teraz dostrzegłem, że w pysku niósł wisiorek. Na srebrnym, delikatnym łańcuszku uczepiona była kwadratowa zawieszka z jakimś jasnoniebieskim, doskonale wypolerowanym kamieniem.
— Czy to jest — urwałem nagle. Nie byłem w stanie uwierzyć w to, co się działo.
Niebieski topaz, przeznaczony dla Luka Willsona, syna Aleksandra i Anadetty Willson. Niesie ze sobą światło w kolorze błękitu, które osobiście wyznaczył dla ciebie Król Shafer.
Przeniosłem wzrok z naszyjnika na lisa.
Czy jesteś gotowy przyjąć Dar przygotowany dla ciebie przez Rodzinę Królewską?
W ciągu roku myślałem o tym dniu częściej niż o czymkolwiek innym. Nawet nie z oczekiwaniem, czy marzeniem, by faktycznie się to wydarzyło. Po prostu wyobrażałem sobie, jak mogłoby to wyglądać. Jaki kolor mógłbym mieć, jak wyglądałby mój medalion, kim okazałby się mój strażnik. Nigdy nie pomyślałem o podobnym scenariuszu. Nie był jakiś niewiarygodnie fantastyczny, ale nie taki, jakiego mógłbym się spodziewać. W dodatku wydarzyło się to dosłownie minutę po tym, jak dostałem nakaz ograniczenia kontaktów z Christopherem i Kkaniee.
Nagle setki myśli zaczęły napływać do mojej głowy, wszystkie złe zakończenia, każde zagrożenie związane z medalionem. Poczułem, jak panika wypełnia mnie od środka. I wtedy drobna lisia łapka spoczęła na moim kolanie. To zwróciło moją uwagę z powrotem na błękitną istotę.
Niezależnie od twojego wyboru, ja zawsze będę przy tobie. A jeśli się zdecydujesz przyjąć medalion, przeprowadzę cię przez trudności i nigdy z niczym nie zostaniesz sam.
Przełknąłem okropną chęć wypłakania się jak dziecko w błękitne lisie futro.
— A jeśli... Co jeśli nie udźwignę tego ciężaru? Co jeśli nie dam sobie rady? — pytałem ledwie słyszalnym głosem.
Ja wiem, że sobie poradzisz.
—
Skąd możesz to wiedzieć? — Coraz trudniej było mi powstrzymać łzy. Mogła
obserwować mnie całe moje życie, analizować błędy, które popełniałem i dobre
decyzje, których się podejmowałem, ale na jakiej podstawie oceniała mnie, jako
godnego kandydata na wojownika legendarnego, boskiego królestwa?
Luke Willson, wojownik — nawet samo zestawienie tych słów brzmi śmiesznie.
Jestem
tego pewna, bo to Shafer ciebie wybrał — odpowiedziała spokojnie. — On
się nie myli. Ten medalion został stworzony z myślą o Luku Willsonie,
piętnastolatku z miasteczka Jinshil. Mądrym, oddanym i silnym młodym
mężczyźnie. My w ciebie wierzymy. A ty?
*
Tamtego dnia przyjąłem medalion. Założyłem go sobie na szyi i schowałem pod koszulką, by rodzice go nie zobaczyli w razie gdyby czegoś jeszcze ode mnie chcieli. Poszedłem do pokoju, posiedziałem chwilę z książką, ale nie bardzo potrafiłem się na niej skupić. Co chwila dotykałem zawieszki i przyglądałem jej się, nadal nie wierząc, że to wszystko rzeczywiście się wydarzyło. W końcu zasnąłem, zmęczony ostatnim nocnym zakuwaniem i wieczorem pełnym wyczerpujących emocji.
Kiedy rano obudził mnie piskliwy dźwięk budzika, odczułem potężny ból głowy. Pierwsze otwarcie oczu także było dla mnie trudniejsze niż zwykle. Światło wpadające do pokoju przez okna drażniło siatkówki moich oczu. Próbowałem się ubrać w połowie na ślepo, bo tak ciężko mi było przywyknąć do porannego światła.
Dziwna sytuacja wydarzyła się w łazience, podczas porannej toalety, kiedy próbowałem ułożyć czarne, mocno pofalowane włosy. Mama zawsze nalegała, bym o nie dbał i jako, że miała podobne do moich, nauczyła mnie, jak to robić. Na pewno było jej przykro, kiedy musiała patrzeć na to czarne, roztrzepane gniazdo na mojej głowie przez ostatnie tygodnie.
Kiedy tak stałem przyglądając się swojemu odbiciu, z grzebieniem i odżywką w spreju, pzez sekundę miałem wrażenie, że obraz w lustrze powiększył się i jednocześnie przybliżył do mojej twarzy. Wydarzyło się to tak nagle i niespodziewanie, że odskoczyłem gwałtownie do tyłu, poślizgnąłem na mokrej podłodze i ległem na nią, nabijając sobie wielkiego siniaka na tyłku i łokciu. Byłem niezmiernie szczęśliwy, że uniknąłem rozbicia głowy o muszlę klozetową. To byłaby najgłupsza śmierć w dziejach ludzkości.
Z nadzieją, że już żadna awaria organizmu więcej mi się nie przytrafi, ruszyłem do szkoły. Na przystanku spotkałem się z Chrisem, Kkaniee i Nabi. Pokazałem im medalion, co w pierwszej chwili wywołało szok na twarzach całej trójki. Później Kkaniee ze łzami wzruszenia w oczach dosłownie rzuciła się na mnie i przytuliła z całej siły. Okropnie się wtedy zawstydziłem i na pewno zrobiłem czerwony na twarzy. Chris później nie potrafił się zamknąć na ten temat, wypytywał, popiskiwał z radości i zgadywał, jaki mogłem otrzymać Dar, czego wtedy jeszcze sam nie wiedziałem.
Dobre nastroje przygasły nieco, kiedy przypomniałem sobie o przerwie od spotkań z nimi i opowiedziałem im o całej rozmowie z rodzicami. Wiedziałem, że ani mnie, ani moim im nie mieli tego za złe, ale wciąż dla każdego z nas było to dość przykre. Szczególnie zabolało Chrisa, bo już układał sobie cały plan odkrywania moich nowych umiejętności w ciągu najbliższych tygodni, a wszystko legło w gruzach, zanim jeszcze mogło się rozpocząć.
Droga do szkoły minęła spokojnie i tak też przebiegały pierwsze zajęcia. To jest, do momentu, w którym coś dziwnego zaczęło się dziać z moimi oczami, albo raczej moim wzrokiem. Z początku nawet nie wiedziałem, że chodziło o mnie, bo zdawało mi się, jakby obiekty, którym się przyglądałem stawały się nagle gigantyczne i bliskie. Kiedy próbowałem rozczytać, co napisała nauczycielka na tablicy, wydarzyło się coś podobnego, co rano w toalecie. Za pierwszym razem znowu się wystraszyłem, ale później zauważyłem, że przypominało to powiększanie obrazu w urządzeniach elektronicznych. W końcu uspokoiło mnie to odkrycie, ale nie byłem nawet w stanie się nim nacieszyć, bo zaraz wydarzyło się coś równie szalonego.
W pewnym momencie zaraz po mrugnięciu powiekami świat podzielił się na kolory chłodne i ciepłe. Wszystko wokół wydawało się być niebieskie, a siedzący w sali ludzie czerwono—żółci. Coś, jakby podczerwień? — pomyślałem.
Gratulacje — usłyszałem w głowie głos należący do kogoś innego. Tym razem od razu skojarzyłem go sobie z Meai. Teraz jednak nie mogło jej być nigdzie w pobliżu w swojej lisiej formie, znajdowaliśmy się w szkole, po środku największego miasta Halldaru. Z opowieści przyjaciół zrozumiałem, że anioły zwykle czuwają przy nas w wymiarze duchowym, którego nie można zobaczyć gołym okiem, więc pomyślałem, że stamtąd musiała do mnie przemawiać.
Odkryłeś właśnie dwie z umiejętności swojego Daru — powiedziała wyraźnie dumna i zadowolona. Przez chwilę zastanawiałem się, czy skoro ja słyszałem w myślach jej głos, to ona też mogła słyszeć moje myśli, jednak to szybko wykreśliłem ze swojej mentalnej listy mocy aniołów. Sprawdziłem to dla pewności, gryzmoląc na szybko pytanie na brzegu swojego notesu — „czy słyszysz moje myśli?"
Nie — odparła, jakby rozbawiona. — Żadna istota duchowa na Hallitarze nie ma takiej mocy, poza Shaferem, który stworzył ten świat i wszystko, co się w nim znajduje. Jednak jako Seraf mogę mówić do twojego ducha.
Chciałem zapisać kolejne pytanie, ale wtedy spojrzałem tak głęboko w kartki notesu, że mało brakowało, a mógłbym zacząć liczyć ile atomów składa się na jedną pięciomilimetrową kratkę. I wcale nie przesadziłem, opisując to w ten sposób. Po chwili wszystko wróciło do normy, ale przez moment spanikowałem, że od tamtej chwili jedynymi żywymi stworzeniami, jakie będę mógł w pełni oglądać będą bakterie.
Właśnie użyłeś mikro-wzroku — wytłumaczyła Meai. — Dzieje się to, kiedy chcesz zobaczyć coś małego w dużym powiększeniu.
To wiele wyjaśniało. A zatem czym były te wczesniejsze wypadki? Daleko—wzrok i podczerwień?
Poprzednim razem używałeś wzroku teleskopowego i podczerwieni — dodała, na co pokiwałem głową nieznacznie, bo sam prawie zgadłem. Musiałem jednak przyznać, że wzrok teleskopowy bez wątpienia brzmiał lepiej niż daleko-wzrok.
Nie patrząc już na swój notes w obawie, że niechcący znowu wpadnę do wymiaru molekularnego, nabazgrałem niewyraźnie kolejne pytanie; „skąd to wiesz?"
Widzę, których pierścieni używasz — powiedziała. — Twoim Darem jest Sokole Oko, co znaczy, że będziesz teraz w stanie zobaczyć znacznie więcej niż inni. A inni będą mogli zobaczyć, że używasz Daru, ponieważ na twoich oczach ustawiają się wtedy odpowiednie pierścienie. Jest ich łącznie siedem i każdy odpowiada za inny wymiar. Im więcej kontroli zdobędziesz nad Darem, tym wyraźniejsze się staną. — Wszystkie te informacje i jednocześnie szybkie, niekontrolowane prezentacje z każdą mijającą chwilą potęgowały narastający we mnie niepokój. — Nie martw się, poznasz niedługo kolejnego wojownika, który posiada ten sam Dar. Z pewnością będzie wam obojgu raźniej.
Faktycznie, na samą myśl, że istnieje ktoś, kto mnie zrozumie i będzie wiedział, jak sobie poradzić z tymi wszystkimi „usterkami" poczułem przypływ nadziei pośród morza nerwów. Nie zmieniało to, jednak faktu, że takie dialogi z aniołem na zajęciach i kolosalne usterki wzroku były dla mnie czymś absolutnie nienormalnym i pragnąłem z całego serca, aby to wszystko już się skończyło, albo przynajmniej, żebym mógł na spokojnie się z tym uporać sam na sam ze strażnikiem. Najlepiej w domu, w pokoju, gdzieś, gdzie nikt mnie nie będzie widział.
— Panie Willson. — Groźnym tonem odezwała się nauczycielka. Była to starsza kobieta i chociaż uczyła w tej szkole już prawie sześćdziesiąt lat, to nadal dobrze się trzymała. I przy okazji przerażała każdego ucznia bez wyjątku (nawet niektórych nauczycieli), niezależnie jak bardzo ktoś był odważny.
Podniosłem wzrok tylko po to, by spotkać się z jej piorunującym spojrzeniem i natychmiast zrobiło mi się gorąco. Nigdy wcześniej żaden nauczyciel nie musiał mnie upominać, a ta kobieta to ze wszystkich możliwych najgorszy pierwszy raz.
— Czy skończył pan już się wiercić na krześle i możemy kontynuować temat?
— Oczywiście — odparłem natychmiast, czując na sobie oczy wszystkich w pomieszczeniu. Zwykle byłem raczej niewidzialny - ani zbyt aktywny, ani bierny, ale zawsze zachowałem się odpowiednio na zajęciach. Nie podobało mi się bycie w centrum uwagi, tym bardziej, kiedy zalewał mnie zimny pot ze stresu. — Przepraszam.
Odetchnąłem głęboko i zacisnąłem dłonie w pięści, próbując się uspokoić i strząsnąć z siebie upokorzenie. Zamknąłem oczy, usiłując oddychać tak równomiernie. Podobno pomaga to na stres. Niestety, moje usilne próby na nic się zdały, bo kiedy znów otworzyłem oczy zobaczyłem coś, czego nikt nigdy nie powinien w swoim życiu widzieć.
Spiąłem się natychmiast cały i przestałem w ogóle ruszać.
Luke, posłuchaj mnie uważnie — Meai odezwała się uspokajająco, podczas gdy ja wpatrywałem się w obrzydliwego, długiego robala wielkości węża, który przeszywał chłopaka siedzącego przede mną i wił się, wychodząc z jego pleców. Przypominał pasożyta bez większej inteligencji i nie wyglądał, jakby zamierzał rzucać się na nikogo innego. Zdawało się, jakby w ogóle nie miał możliwości odłączenia się od chłopaka. — Nie patrz na to, skup się na mnie.
Bałem się spuścić wzroku z robala, w obawie, że mógłby mnie zaatakować, dlatego z trudem podniosłem spojrzenie na jasną postać, która stała kilka kroków przede mną.
Wysoka kobieta w zbroi dopasowanej do smukłej sylwetki, o prostych, ciemnych włosach do ramion i z ogromnymi, białymi skrzydłami złożonymi za plecami.
To, co teraz widzisz, to wymiar duchowy. — Otwierała usta, gdy mówiła, ale jej słowa nadal słyszałem wewnątrz mnie. Myślałem, że widok robala był najbardziej szokującym obrazem, jaki mógłbym zobaczyć w swoim życiu, ale serafia forma Meai przebijała wszystko. Tak, jak robal był przerażający i odrażający, tak ona promieniowała światłem i pięknem. Jej ciało mieniło się, niczym drogocenne kamienie, a oczy jaśniały, jak dwie gwiazdy. Nie potrafiłem określić, jak się przy niej czułem, ale coś się we mnie zmieniało.
Mieliśmy inaczej to przećwiczyć, ale skoro już tu jesteśmy, to postaraj się uspokoić, dobrze? — Kiwnąłem głową, nadal napinając chyba wszystkie mięśnie ciała, jakby to miało mnie uchronić przed przypadkowym dotknięciem czegokolwiek, co mogło się jeszcze wokół znajdować.
To
co zobaczyłeś na chłopcu przed tobą, to pewien rodzaj Skażenia. Twoja
przyjaciółka już ci o nich opowiadała, prawda? — Znowu kiwnąłem głową
i starałem się nie patrzeć na nic innego prócz Meai. Było to dość trudne, bo
kątem oka rejestrowałem ruch dziwnych, ciemnych kształtów wokół mnie. — Poza
tymi najgroźniejszymi, jak Bestia czy Wężowe Więzy, istnieją również te lżejsze
i przy tym częstsze, czyli zmartwienia, natarczywe myśli, traumy, fobie i wiele
więcej. Będziesz musiał nauczyć się rozróżniać je wszystkie, co nie jest łatwe.
— Ale dlaczego właściwie? — wypaliłem, co ponownie zwróciło na mnie uwagę nie tylko nauczycielki, ale całej grupy.
— Willson! — Zwróciłem wzrok w stronę kobiety, a jej widok tak bardzo mną wstrząsnął, że odchyliłem się gwałtownie w swoim krześle i niemal wywróciłem na podłogę. Wokół jej głowy latała chmara małych, skrzydlatych owadów podobnych do much, albo pszczół. Roiło się ich tysiące wokół całej głowy i tylko jej usta były widoczne. To stamtąd zadawały się wyfruwać kolejne insekty, kiedy tylko się odzywała. — Dosyć tego! Co to ma być za zachowanie?
— Przepraszam, ja się źle czuję — rzuciłem tak niewyraźnie, jakbym zaraz miał zemdleć, po czym podniosłem się z miejsca i skierowałem do wyjścia z sali.
Luke — Meai odezwała się ze zmartwieniem w głosie.
— Dokąd się wybierasz?! — krzyknęła nauczycielka, a z jej ust wyfrunęło na raz tysiące nowych owadów, które, jak ogromna, czarna chmura zmierzały w moją stronę. Z przerażeniem wybiegłem z pomieszczenia i ruszyłem korytarzem najszybciej, jak potrafiłem. Kiedy już prawie znajdowałem się przy wyjściu, obróciłem się w biegu za siebie, by zobaczyć, czy koszmarna chmara insektów nadal próbowała mnie dopaść, ale nic już za sobą nie zobaczyłem. Za to wpadłem na kogoś z impetem, przez co oboje padliśmy na podłogę z krzykiem.
Podniosłem się do siadu w pośpiechu i popatrzyłem na osobę, którą potrąciłem. Z początku zakręciło mi się w głowie, bo miałem wrażenie, że widziałem trzy osoby. W końcu dostrzegłem w jego twarzy podobieństwo do chłopaka z mojej grupy. Popatrzył na mnie ze strachem w oczach, zakrywając usta i odsunął się w tył.
Andy Winger należał do najsłabszych uczniów w szkole pod względem punktacji z egzaminów. Nie słyszałem też kiedykolwiek, żeby się odzywał, więc nie byłem pewny, czy w ogóle potrafił mówić. Kiedy, jednak, wpadłem tam na niego, dowiedziałem się, że głos faktycznie miał i boleśnie odbiło się to na moich bębenkach.
Zawsze sprawiał wrażenie przestraszonego, często opuszczał zajęcia i nie chciał przyjmować pomocy od nauczycieli, których niepokoił jego stan psychiczny.
Teraz, kiedy na niego patrzyłem, miałem wrażenie, że dwie inne osoby chciały z niego wyjść. Jedna próbowała za wszelką cenę wydostać się i uciec, a druga kierowała się w moją stronę z wściekłością. Sprawiały wrażenie przywiązanych do niego i uwięzionych. Sam Andy wyglądał bardziej na wystraszonego, ale chyba głównie moim widokiem. Szaleńcza próba ucieczki dwóch różnych duchów Najwidoczniej widział, co się działo z moimi oczami, jak wspominała wcześniej Meai. Moja panika musiała tylko potęgować wrażenie, że działo się ze mną coś złego.
Wstałem pospiesznie i wybiegłem ze szkoły. Mimo, że słońce jasno świeciło na niebie, świat wydawał się zimny i ciemny. Gnałem przed siebie, mijałem najróżniejszych ludzi, z których każdy nosił na sobie jakieś inne mgliste, mroczne stworzenie. Nie przyglądałem się im, chcąc jak najszybciej znaleźć się w jakimś odosobnionym miejscu, gdzie mógłbym się wyciszyć i dojść do siebie, ale w środku miasta ciężko było znaleźć takowe.
Skierowałem się w stronę przystanku magnetociągów. Jako, iż wszystkie poruszały się po wysokich mostach, miałem dwie możliwości, aby się dostać na górę; schody, lub przeszklona winda. Ta była akurat pusta, więc wparowałem środka i przywarłem do metalowej poręczy, zdyszany i wyczerpany. Nigdy nie byłem fanem sportu, a już zwłaszcza biegania. Naturalnie, więc, po takim sprincie opadłem z sił.
W kilka sekund wjechałem na przystanek, wygramoliłem się z niego, ledwo stawiając kroki i po raz kolejny zatrzymałem się, sparaliżowany. Na przystanku oprócz mnie czekały jeszcze trzy osoby. Dwie dziewczyny, raczej koleżanki w wieku nastoletnim, które chichotały między sobą, zerkając na otyłego pana, siedzącego na ławeczce. Na pierwszy rzut oka mógł wyglądać, jak mało zadbany pan ze wsi, albo jakiś miastowy bezdomny. Ja jednak cały czas miałem aktywne widzenie świata duchowego, dlatego pierwsze, co zobaczyłem, to ogromny, czarny potwór, który siedział obok niego na ławce. Miał nieproporcjonalnie długie kończyny i puste oczodoły w niewyraźnej twarzy, którą nagle zwrócił w moim kierunku.
Młody wojownik wroga — usłyszałem w swojej głowie syczący, ostry głos. Budził we mnie dokładnie odwrotne emocje niż głos Meai. Strach, który odczuwałem przez cały czas odkąd wejrzałem w sferę duchową wypełniał mnie coraz szybciej, jak dym w płonącym domu.
Otyły pan powiódł za nim spojrzeniem. Kiedy tylko mnie zobaczył, zmarszczył brwi na czole z niezadowoleniem. Bez ruchu obserwowałem, jak potwór szeptem sączył słowa do ucha mężczyzny, a ten stawał się coraz bardziej rozdrażniony. Zerkał w moim kierunku, później odwracał wzrok i tak kilka razy, jakby moja obecność go zawstydzała i jednocześnie denerwowała. Ze złości zrobił się czerwony i zaczął przeklinać pod nosem, rzucając mi nienawistne spojrzenia. Wtedy odczułem, że jakieś światło dobiegające gdzieś z dołu raziło mnie w oczy. Widać było wyraźnie, jak spod mojej koszulki przedziera się smuga błękitnego światła mojego medalionu, niczym jasność latarki w ciemności.
Mężczyzna szybkim ruchem podniósł się z ławki i zwrócił w moim kierunku. Zaczął wykrzykiwać wulgarne zwroty pod moim adresem i wyrzucać przy tym ręce z wściekłością. Chodził przez chwilę w kółko, nadal obrażając mnie i przeklinając całe moje istnienie, podczas gdy potwór nie przestawał szeptać, nienaturalnie wygięty, aby dosięgnąć do jego uszu. Miałem przy tym wrażenie, że cały czas na mnie patrzył (mimo, że nie miał oczu) i uśmiechał się z zadowoleniem.
Mały, bezbronny chłopiec. — Słowa odbijały się echem w mojej głowie i chociaż przypominały szept, to zdawały mi się tak głośne, jakby zagłuszały wszystkie inne dźwięki wokół. — Myśli, że jest silny, bo nosi medalion. Medalion go nie uchroni. Mały wojownik musi zginąć. Medaliony to zło, Medaliony są…
— Złe! Medaliony to czyste zło! — krzyczał mężczyzna równo z głosem potwora w mojej głowie.
Kiedy zaczął szybko iść w moim kierunku, jedyne na co było mnie stać, to krok w tył. Potem nogi się pode mną ugięły i upadłem na ziemię. Nie byłem w stanie się ruszyć. Patrzyłem, jak niebo staje się coraz ciemniejsze, a mężczyzna i potwór wyrastają przede mną, jak mur. Byłem przekonany, że za moment stracę życie, pobity przez człowieka, albo zejdę na zawał spowodowany strachem, który wywoływała obecność potwora.
I wtedy zobaczyłem wokół siebie błękitną, na wpół przezroczystą otoczkę. Mężczyzna zatrzymał się nagle, jak gdyby zderzył się z szybą, której nie zauważył, po czym wydał z siebie wściekły ryk, wymachując pięściami. Próbował się jeszcze do mnie dostać, ale otoczka wokół mnie nie pozwalała mu się zbliżyć. Zauważyłem też, że nie słyszę już głosu potwora, a krzyki mężczyzny docierają do mnie przytłumione.
Jestem przy tobie, Luke. — Jeszcze poprzedniego wieczora nie przypuszczałbym, że mogłoby mi tak ulżyć na dźwięk głosu anioła w mojej głowie. Odetchnąłem głęboko, jakbym dopiero wynurzył się z wody, po tym jak prawie utonąłem.
Ja też jestem! — Ten głos należał do kogoś innego, chociaż nadal dobiegał z wnętrza moich myśli. Tym razem także wiedziałem, że znam jego właścicielkę. Po chwili obok mnie, w błękitnej bańce przykucnęła Kkaniee. Z jej zazwyczaj ciemnych, niczym dwa węgielki oczu, wydobywało się teraz światło. Patrzyła na mnie z uśmiechem i klepnęła w ramię, zachęcając, abym się podniósł w ślad za nią, ale nie byłem jeszcze na to gotowy ani emocjonalnie ani fizycznie. Patrzyłem jedynie, jak ona sama wstaje, a za jej plecami tworzy się różowy, na wpół prześwitujący, trochę przypominający szkło kołczan pełen strzał w tym samym kolorze. W lewej ręce trzymała łuk o podobnej strukturze. Sięgnęła za plecy wolną ręką, chwyciła strzałę i ustawiła ją na cięciwie. Podniosła broń, naciągając jednocześnie cięciwę. Wtedy stanęła przy niej postać podobna z wyglądu i ubioru do Meai, chociaż bardziej przypominała mężczyznę. Musiał to być Marceli, strażnik Kkaniee. Mówił coś do niej, chociaż nie mogłem go usłyszeć. Dziewczyna zmieniła nieco ustawienie łuku i puściła strzałę, która w mgnieniu oka pomknęła do celu. Czarna postać rozsypała się w pył, a mężczyzna w tym momencie stracił przytomność i upadł na ziemię.
Błękitna otoczka i broń Kkaniee zniknęły. Dziewczyna popatrzyła na mnie w dół swoimi czarnymi, jak dwa węgielki oczyma i już żadne światło nie wydobywało się z ich środka.
— Hej, no co tak leżysz — zaśmiała się i wyciągnęła do mnie rękę, aby pomóc mi wstać. — Trzeba wezwać służby ratunkowe dla tego pana — powiedziała, kiwnąwszy głową w stronę mężczyzny leżącego na chodniku przed nami.
— Co? — zdziwiłem się. — To on żyje? Nie zabiłaś go?
— No co ty! — Skrzyżowała ręce na piersi, urażona. — Strzelałam w demona. Chociaż jego pewnie też nie zabiłam. — Zmarszczyła brwi, zastanawiając się nad czymś przez krótką chwilę. — W każdym razie, mogło mu się coś stać, jak tak walnął głową o beton — skwitowała, ponownie wskazując brodą na mężczyznę.
Nie miałem pojęcia, co zrobić, ani nawet co myśleć. Cały czas jeszcze byłem roztrzęsiony po wszystkim, co wydarzyło się od rana do tamtego momentu. Poza tym nadal widziałem dwoje aniołów stojących obok nas i dziwnie chłodny świat wokoło, co oznaczało, że ciągle tkwiłem w wymiarze duchowym. Świadomość, że nie potrafiłem przestać go widzieć również nie pomagała mi się uspokoić. Chciałem tylko wrócić do domu i schować się gdzieś, przemyśleć to wszystko.
— Potrafisz zamknąć oczy ducha? — zapytała Kkaniee, wytrącając mnie z chwilowego zamyślenia. Przyglądała się moim oczom z ciekawością i spokojem. W ogóle sprawiała wrażenie nieporuszonej całą sytuacją, która miała przed chwilą miejsce, albo tym wszystkim, co kryło się w wymiarze duchowym.
Pokręciłem głową przecząco, na co ona kiwnęła ze zrozumieniem i podeszła bliżej mnie.
— Powinnam być w stanie ci pomóc.
Uniosła jedną dłoń i ułożyła ją na mojej klatce piersiowej, a drugą opuszkami palców dotknęła mojego czoła. Jej oczy znowu się zaświeciły. Delikatnie nacisnęła palcami przyciśniętymi do mojego czoła, po czym zabrała je takim ruchem, jakby ściągała ze mnie niewidzialną chustę i wyrzucała ją za siebie. Dokładnie w tym momencie widziałem, jak cały świat wokoło wracał do normy.
Przestałem dostrzegać naszych strażników, zniknęły chłodne, szare kolory, a kiedy wracaliśmy z powrotem do szkoły nie widziałem już żadnych mrocznych stworzeń na mijających nas ludziach.
Jeśli chodzi o starszego pana, który mnie zaatakował, obeszło się bez wzywania ratowników. Obudził się chwilę po tym, jak odzyskałem swój normalny wzrok i niczego nie pamiętał. Dziewczyny, które wcześniej stały niedaleko musiały się ulotnić w międzyczasie. Ja i Kkaniee usiedliśmy razem w głównej szatni i przeczekaliśmy tam resztę pierwszego bloku zajęć. Pomogła mi się wyciszyć i wytłumaczyła kilka spraw, chociaż nadal kilka rzeczy nie dawało mi spokoju.
— Co właściwie mam robić, jako wojownik? — Zmęczony i załamany patrzyłem w ścianę przede mną. Dar Sokolego Oka do tamtej pory jedynie mnie przerażał. Przypomniałem sobie, jak Chris opowiadał o swojej Zbroi z ekscytacją i radością. Jak cieszył się, kiedy pierwszy raz udało mu się stworzyć coś ładnego ze złota i jak świeciły mu się oczy na samą myśl o tworzeniu najróżniejszych przedmiotów. — Chris ma kogo bronić. Wie, jak się bić i ze swoim Darem mógłby nawet pokonać kilku dorosłych facetów na raz. A ja?
— A ja? — Przeniosłem na nią swój wzrok. — Luke, naprawdę nie rozumiesz? Możesz patrzeć na odległość setek kilometrów do przodu, w kosmos, możesz oglądać mikroorganizmy gołym okiem, przeskanować pomieszczenie od zewnątrz. — Milczałem przez chwilę, analizując w głowie jej słowa i próbując sobie wyobrazić w jakich sytuacjach miałoby mi być to potrzebne. — A walczyć to się jeszcze nauczysz. A poza tym zbliżają się wakacje i twój pierwszy w życiu Obóz. — Zmarszczyłem brwi nieznacznie, posyłając jej nieme pytanie. — Obóz Medalionów. Tam się wszystkiego dowiesz, nauczysz się kontrolować Sokole Oko i wytwarzać broń.
— Broń?
— Ja mam łuk — wyjaśniła. — Ty będziesz musiał odnaleźć własną w głębi siebie. Ale jestem prawie pewna, że przyda ci się coś na odległość. Na pewno nie miecz — pokręciła głową — ani włócznia. Coś, jak łuk. Może kusza?
Zastanowiłem się przez chwilę nad tym i właściwie myśl, że mógłbym robić coś tak ekscytującego, jak strzelanie z kuszy przez chwilę poprawiła mi humor, ale prędko mi przeszło.
— Do kogo miałbym strzelać? — bąknąłem skonsternowany. — Nie wolno nam zabijać ludzi. Nie, żebym chciał — poprawiłem się szybko, co spotkało się z cichym chichotem ze strony Kkaniee.
— Mamy chronić ludzi. Miałeś dzisiaj okazję zobaczyć, przed czym.
Po jej słowach trwała między nami cisza. Po chwili jednak przerwał ją sygnał ogłaszający koniec pierwszego bloku zajęć i razem skierowaliśmy się do odpowiedniej sali. Nie obeszło się bez kary od nauczycieli i wiadomości wysłanej prosto do rodziców. I chociaż ciężko mi było przyjąć pierwszą szkolną porażkę, uznałem to za dobry moment, by powiedzieć im prawdę.
Powiedzieć, że bałem się tego, co niósł ze sobą medalion i Dar, to jak nic nie powiedzieć. Mimo tego strachu, mimo wielu wątpliwości czułem gdzieś w sercu, że to właśnie sens mojego życia. Wtedy jeszcze nie widziałem go wyraźnie, ale w końcu miałem Sokole Oko. Pomyślałem, że kiedyś w końcu wszystko stanie się jasne. Tylko muszę nauczyć się dostrzegać to, co ważne.
________________
* Uniwersalik — potoczna nazwa szkoły uniwersalnej.
Wooow! Bardzo spodobał mi się cytat: nie musisz stawać się kimś, kogo ktoś inny mógłby pokochać, ale w końcu ktoś pokocha ciebie za to, kim ty już jesteś.
OdpowiedzUsuńZ każdym rozdziałem wciągam się coraz bardziej <3