środa, 24 marca 2021

Książę i złodziej

 KSIĄŻĘ I ZŁODZIEJ

Wjechałem windą na czternaste piętro ze słuchawkami w uszach, jedną ręką w kieszeni i nieprzemożną chęcią upicia się w samotności na kanapie przed telewizorem. Żaden ze mnie alkoholik, po prostu czasami trzeba się trochę oderwać od szarej rzeczywistości.

Dodam tylko we własnej obronie, że był to plan awaryjny, bo jeszcze po południu tamtego dnia myślałem, że przyprowadzę sobie na wieczór koleżankę. Okazało się jednak po raz kolejny w moim smutnym życiu, iż źle oceniłem dziewczynę. Chociaż teoretycznie rzecz biorąc, to musiałem trafić na porządną młodą kobietę, która - naturalnie - wzięła mnie za niebezpiecznego zboka i pojawiła się w miejscu naszego umówionego spotkania z ochroniarzem. Ani na moment sobie z niej w środku nie zadrwiłem, przysięgam! Mądra dziewczynka, ot co.

Mimo wszystko było mi trochę szkoda. Widziałem może w ciągu swoich krótkich dwudziestu lat życia wiele ślicznych panienek, ale w niej było coś specjalnego. Nie byłbym wtedy nawet w stanie wyjaśnić, czym dokładnie było to „coś", jednak będąc obok niej czułem jakieś dziwne przyciąganie. Tak, ja też z początku pomyślałem, że zwyczajnie fizycznie mi się spodobała, ale po dłuższym namyśle i naszym powtórnym spotkaniu z przyzwoitką doszedłem do wniosku, że to nie mogło być tylko to.

Przyglądając się swojej twarzy naszkicowanej na kartce, myślałem sobie, że straciłem coś wartościowego. I przez to było mi przykro. A to mnie irytowało. Złożyłem, więc kartkę znowu na cztery i opuściłem windę.

Podszedłem do drzwi swojego mieszkania i kiedy tylko wsunąłem kluczyk do zamka, zza sąsiednich drzwi wysunęła się głowa starszego pana. Westchnąłem w duchu, czując na co się zanosi i przekręciłem czym prędzej kluczyk. Staruszek wyszedł na klatkę schodową, jak tylko dotarło do niego, że widzi mnie przed sobą i od razu przybrał typową dla siebie gburowatą postawę, która chyba zarezerwowana była tylko dla mnie. Nie widziałem nigdy, by zachowywał się w taki sposób wobec kogokolwiek innego.

— A pan to chyba z domu nie wyniósł, żeby oszczędzać prąd — wymamrotał oschle, podpierając się pod boki.

— Dobry wieczór — odpowiedziałem, puszczając mimo uszu jego osobliwe powitanie.

— Cały dzień słyszę przez ścianę — warknął — nic tylko ten telewizor. Już dość mam tego jazgotu. Mógłby się pan nauczyć, że mieszkają tu też inni ludzie oprócz pana!

Niezbyt chciało mi się z nim dyskutować, więc tylko rzuciłem mu przelotny uśmiech numer trzy i wlazłem do mieszkania. Zasunąłem rygiel, by po chwili na powrót zamknąć drzwi na klucz. Niby to nowsza część dzielnicy i raczej spokojna, ale Silla, to Silla. Nie zamierzałem ryzykować włamania z bronią w ręku.

Zrzuciłem buty w kąt (dokładnie tam, gdzie było ich miejsce) i wsunąłem puchate, szare kapcie. Pamiętam, jak na początku mojego samodzielnego, dorosłego życia próbowałem robić wszystko na przekór zasadom i tradycjom w których mnie wychowano, więc zacząłem łazić po mieszkaniu w butach, rzucać je gdzie popadnie, albo w ogóle chodzić na boso. Bardzo szybko się okazało, że nie podoba mi się błoto na podłodze, czy skarpetkach, ani zmarznięte palce u stóp, dlatego zaprzyjaźniłem się znowu z ciepłymi kapciuszkami i nie oddałbym tej głębokiej relacji za nic w świecie.

Z przedsionka wchodziło się prosto do salonu połączonego z kuchnią, toteż światło włączonego telewizora, o którym wspominał mój sąsiad mogłem zobaczyć już stamtąd i faktycznie – był dosyć głośny.

Wszedłem do pomieszczenia i włączyłem światło. Głowa pełna jasno brązowych, roztrzepanych włosów obróciła się w moim kierunku, a sekundę później powitał mnie szeroki uśmiech i wygięte w dwa małe półksiężyce oczy... tego typa, co od dwóch lat wkrada mi się do mieszkania przez okno.

— Yangieee — zawołał przeciągle.

— Co jest? — mruknąłem, rzucając klucze na wysepkę kuchenną.

— Tęskniłem za tobą — odparł, jak faktycznie stęskniona kochanka, nawijając jeden z dłuższych, pofalowanych kosmyków na palec wskazujący. Patrzyłem na niego wyczekująco, bo myślałem, że miałby mi coś więcej do powiedzenia, ale poddałem się, widząc, że nie przestaje patrzeć mi prosto w oczy wyzywająco. Czasami po prostu miewał takie humorki i trzeba się było z tym pogodzić.

Podszedłem bliżej lodówki, by sięgnąć po czarną ramkę, która stała w kącie między nią a ścianą na aneksie kuchennym. Wyciągnąłem z niej przykładowe zdjęcie jakiejś obcej szczęśliwej rodzinki, by zrobić miejsce na coś znacznie mniej sztucznego.

— Widzieliśmy się wczoraj — przypomniałem, próbując zmieścić kartkę w nieco przymałej ramce. Po kilku zagięciach udało się ją mniej więcej wpasować. Ustawiłem obrazek w odpowiednim miejscu, a stare zdjęcie zgniotłem i wyrzuciłem do kosza.

Po co w ogóle mi było przykładowe zdjęcie obcej rodziny w kuchni? W razie gdyby kogoś interesowało skąd pochodzę, czy inne tego typu pierdoły. Moje odpowiedzi na takie pytania byłyby równie głębokie i prawdziwe, co tamta fotografia ze sklepu.

— Ej — stęknął, podnosząc się z kanapy i podszedł bliżej mnie. — Musiałem przecież posłuchać jak to było z twojego punktu widzenia. — Popatrzył na rysunek mojej twarzy, który właśnie sobie nieskromnie oprawiłem w ramkę i ustawiłem jako główną ozdobę kuchni. Nie miałem ich w mieszkaniu wiele, nawet kanapa stała sobie goła, bez poduszek, dlatego bez wątpienia będzie to rzecz przyciągająca wzrok i zachęcająca do rozmowy. Tak, jak teraz. — Faktycznie ma talent, skubana — bąknął, opierając się jedną ręką o blat aneksu i pochylając do przodu, żeby móc się lepiej przyjrzeć. — No dobra, to opowiadaj!

Chłopak wskoczył na blat, sadzając na nim swój krętacki tyłek i przypatrywał mi się z wyczekiwaniem tymi dziwnymi jasnymi oczyma. W zestawieniu z ciemnym lasem rzęs na pojedynczych powiekach wyglądał co najmniej nienaturalnie, jak kosmita. Obiektywnie ujmując, dziewczętom pewnie by się spodobał, bo do brzydkich ludzi nie należał. Dobra, kogo ja chcę oszukać... Typ żył z okradania ludzi i sam parę razy widziałem, jak używał swoich anielskich wdzięków, żeby zakręcić w głowie jakiejś panience przy kasie. Znał się na manipulacji, sztuce flirtowania i był najlepszym kieszonkowcem, jakiego widział ten świat. Bez ściemy – okradł mnie z piętnaście razy, a ja nic nie poczułem, ani nie zauważyłem. Nie zdziwiłbym się gdybym w trakcie tamtej rozmowy z nim zajrzał pod spodnie i zauważył brak bokserek. Nie wiem (i nie chcę wiedzieć) po co miałby to robić, ale wiem, że potrafi. Nie zamierzam również wyjaśniać, skąd biorę takie informacje.

— Co mam ci opowiadać — wzruszyłem ramionami. — Jakby wyszło, to ona siedziałaby teraz na tym blacie zamiast ciebie.

Otworzyłem lodówkę, by obrzucić spojrzeniem całą jej zawartość. Długo mi to nie zajęło, bo oczywiście wszystko się skończyło trzy dni temu, a ja nie miałem czasu, żeby zrobić jakieś zakupy. Chociaż pewnie, gdybym nie łaził z nim po jakichś spelunach od rana do wieczora w jedyny wolny dzień w tygodniu, to coś bym sobie załatwił.

— Jeśli szukasz tego rogalika, co sobie przedwczoraj z pracy przyniosłeś, to ja go zjadłem — oznajmił, na co westchnąłem ciężko i zamiast tego sięgnąłem po kawałek wędzonego mięsa, który zwykle pokroiłbym w plasterki na kanapkę. Bez pieczywa, jednak, kanapki nie zrobisz, a więc ugryzłem kawałek, zamknąłem metalowe drzwiczki i z mięsem w dłoni podszedłem do kanapy.

— No weź, bo widziałem tylko, jak cię ten dryblas przegonił i uciekłeś z podkulonym ogonem.

Resztką dobrej woli powstrzymałem się przed rzuceniem w niego tą wędzonką. Opadłem na kanapę i rozłożyłem się na niej wygodnie. Sięgnąłem po pilota, włączyłem aplikację z muzyką i kliknąłem ostatnią składankę ze spokojnymi alternatywnymi kawałkami. Przyciszyłem dźwięk na tyle, żeby móc się odprężyć podczas słuchania, a nie zagłuszać własne myśli. Chociaż może i to by mi się przydało.

— Sąsiad znowu na ciebie narzeka — oznajmiłem z pełną gębą, rejestrując kątem oka kumpla siadającego obok mnie na kanapie.

— Nie zmieniaj tematu. — Popatrzyłem na niego z irytacją. Moje mordercze spojrzenia działały na niego, jednak, w równym stopniu, co groźby na osła. Naprawdę nie miałem siły być w tamtej chwili rozgadaną przyjaciółeczką, więc pomyślałem, że da mi spokój, jak w skrócie opowiem cokolwiek.

— No poszedłem rano do pracy, w przerwie przeszedłem się pod ten blok babci Hong, wziąłem od laski rysunek i wróciłem do kawiarni — wyjaśniłem, jakbym robił to już piąty raz z rzędu, a do niego nadal nie docierało.

— Chciało ci się? Serio, po ten głupi rysunek?

— Sam jesteś głupi — syknąłem, przełknąwszy poprzedni kęs. — Po nią tam poszedłem. Chciałem się umówić na dzisiaj wieczór, ale nie będę jak debil prosił się o randkę, zwłaszcza, że wzięła ze sobą przydupasa do ochrony. — Ugryzłem mięso po raz kolejny. — Poza tym ona jakaś dzika była.

— Od kiedy ci to przeszkadza? — wtrącił, unosząc jedną brew wyżej od drugiej. Przez moment przeleciała mi przez głowę chęć wepchnięcia mu w gardło tego kawałka, który trzymałem, żeby już przestał się odzywać. A także oddychać.

Na szczęście (dla niego) trwało to tylko chwilę, bo odgoniłem pragnienie rozlewu krwi, przeżuwając na spokojnie swoją kolację.

— Myślałem ostatnio, żeby wymienić okna i wstawić kratki — mruknąłem, odwracając głowę w lewo. Na zewnątrz było ciemno, a pod jednym z okien leżały niedbale rzucone wytarte, stare trampki. To właśnie idealny obraz tego, jak mocno w krew wchodziły człowiekowi tradycje Narodu Sokoła. Nawet, jeśli przedostawał się do mieszkania przez okno, to i tak ściągał buty i zamieniał je na kapcie.

Tak, miał własne kapcie w moim mieszkaniu. Chociaż najczęściej mnie wkurzał bardziej niż ktokolwiek inny, był jednak moim przyjacielem. Jedynym przyjacielem.

— No co ty, po co ci kratki na czternastym piętrz- hmmm. — Zmrużył oczy, przypatrując mi się z urazą.

Dee czasami zachowywał się, jakby był moją nastoletnią dziewczyną z problemami emocjonalnymi. Innym razem potrafił pobić trzech typów na raz, jak jakiś bandzior, tylko dlatego, że usłyszał od nich jak przechwalali się kto zdobył więcej upokarzających, intymnych zdjęć od koleżanek ze szkoły – historia prawdziwa z dnia poprzedniego. Potrafił świetnie wykorzystywać swoje męskie cechy osobowości, czy wyglądu, jak i te delikatne – zależnie od sytuacji i rozmówcy. Dlatego też, kiedy dotarła do niego moja ukryta groźba, zachował się, bardziej jak urażona żoneczka, niż jak dorosły mężczyzna. Skrzyżował ręce na torsie i fuknął pod nosem, że i tak ma kopię moich kluczy.

W zasadzie nie wiedziałem o nim prawie nic. Ile miał lat? Gdzie mieszkał, kiedy nie sypiał na mojej kanapie? Ani słowa o jego rodzinie. Nawet, brzmienie jego pełnego imienia stanowiło dla mnie zagadkę nie do odkrycia. Mimo tego trzymaliśmy się razem odkąd tak mu się upatrzyło dwa lata wcześniej i postanowił uczepić się mnie, jak rzep jakiegoś sierściucha. Od tamtej pory już nie byłem taki samotny.

Bywało między nami różnie. Mój konfliktowy charakter nie raz dawał mu się we znaki, przez co znikał na całe tygodnie bez śladu. Potem jednak wracał i zachowywał się, jakby nigdy nic złego się między nami nie wydarzyło. Nie wiem, czy mi wybaczał, czy po prostu starał się o tym nie myśleć, bo tak kochał spać na mojej kanapie, ale nie dopytywałem. Cieszyłem się, że w ogóle wracał i jednocześnie nie rozumiałem, dlaczego. Był jedynym człowiekiem, który kiedykolwiek do mnie wrócił po tym, jak beznadziejnie się wobec niego zachowywałem – a potrafiłem być najgorszą świnią i szczerze mówiąc, sam ze sobą nie mogłem czasami wytrzymać.

— W ogóle oglądałem dzisiaj wiadomości z biznesu — mruknął po dłuższej chwili ciszy. — Twoja kuzynka ma przejąć firmę.

W tym momencie skręcił mi się żołądek. Przestałem przeżuwać na moment i chyba zapomniałem o oddychaniu. Kiedy w końcu zaczęło brakować mi powietrza, odetchnąłem głęboko, przeżułem do końca i przełknąłem to, co mi zostało w buzi. Odłożyłem wędzonkę na niski stolik do kawy przed nami i oparłem łokcie na kolanach.

— Dlaczego myślisz, że mnie to obchodzi? — mruknąłem cicho.

— Tak tylko mówię — wyjaśnił, podnosząc się z kanapy. — Jakbyś jeszcze chciał zmienić zdanie — dodał po tym jak podszedł do okna i zsunął swoje kapcie z nóg. Nie wytrzymałem. Chwyciłem jesden ze swoich w dłoń i rzuciłem nim w chłopaka, trafiając prosto w jego brązową czuprynę. Odwrócił się do mnie ze złością, dotykając swojej zbitej potylicy.

— Wal się – warknąłem, odwracając się w przeciwną stronę tylko po to, żeby zaraz poczuć, jak od czubka mojej głowy odbija się jego kapeć. Odwróciłem się do niego raz jeszcze i dostałem w pierś kolejnym, co mnie na sekundę zdezorientowało i trochę spowolniło moją reakcję. Podniosłem się, gotowy zdzielić go zaciśniętą pięścią w gębę, ale ten już stał na schodach pożarowych na zewnątrz i przechylał się do środka.

— Słodkich snów, niedoszły książę Halldaru — pożegnał się, co w moich uszach brzmiało bardziej jadowicie, niż słodko, po czym zniknął w ciemnościach, zjeżdżając po metalowych schodach w dół. Zazwyczaj poruszał się po nich bezszelestnie, ale teraz słychać było każde jego tupnięcie, przez co w kilku oknach poniżej zapaliło się światło i dało się słyszeć gniewne zawołania.

Zamknąłem za nim okno trzaśnięciem, resztką zdrowego rozsądku powstrzymując się od stłuczenia w nim szyby.

Nie miałem pojęcia, czy kłamał, czy mówił prawdę, czy po prostu wtrącił ten temat, żeby mi dopiec za groźbę z wymianą okien, która miała oznaczać próbę odsunięcia go od mojego życia. W każdym razie zalewała mnie fala stresu zmieszanego z wściekłością. Byłem na niego zły, bo zdawał sobie sprawę, jak trudny był to dla mnie temat i mimo tego użył go, żeby mnie złamać w kłótni.

W pierwszym odruchu chciałem coś złapać, żeby to rozwalić na kawałki. To mieszkanie było, jednak na tyle minimalistycznie urządzone, że jedyne, czym mógłbym faktycznie rzucić były te moje nieszczęsne, walające się po podłodze kapcie. Udałem się, więc, do łazienki i bez zastanowienia, wskoczyłem pod prysznic, zrzuciwszy z siebie uprzednio przepocone w pracy ubrania.

Lodowata woda skutecznie odwróciła moją uwagę od rozdrażnienia i stresu. Strumienie wody wbijały się w moją skórę, jak igły, zmuszając umysł, aby skupił się na dyskomforcie i bólu fizycznym, który w gruncie rzeczy nie trwał zbyt długo, bo wraz z opadającymi emocjami, moje ciało zaczynało się powoli przyzwyczajać do chłodu i w końcu się uspokoiłem.

Zakręciłem wodę i oparłem czoło o mokrą ścianę. Zastanawiałem się, jak długo jeszcze będę reagował na każde wspomnienie tych ludzi z taką mieszanką niekontrolowanych emocji. Na samą myśl robiło mi się fizycznie niedobrze, zalewał mnie zimny pot i miałem ochotę zrobić krzywdę sobie albo komuś innemu tylko po to, żeby nie czuć już dłużej tej chorej paniki. Kiedy jeszcze z nimi mieszkałem, wcale tak nie było. Racja, budziłem się każdego ranka z mdłościami i marzyłem o tym, żeby umrzeć w momencie, kiedy miałem rozmawiać z własnym ojcem, ale chyba byłem do tego przyzwyczajony. Po tym, jak uciekłem z domu i nikt nie wiedział, kim byłem, odzwyczaiłem się trochę i teraz wracało to do mnie ze zdwojoną siłą.

Wyszedłem spod prysznica, wytarłem się ciepłym ręcznikiem, który grzał się przez cały czas na ciepłych rurkach, wystających ze ściany ponad pralką. Wykopałem ze sterty ciuchów swój telefon i skierowałem się w stronę sypialni.

W bokserkach i białej podkoszulce, opadłem na łóżko plecami. Leżałem tak przez chwilę, zatopiony w ciemnościach i wpatrzony w sufit. Próbowałem nie myśleć. Szło mi to wprawdzie opornie, dlatego niemal z ulgą sięgnąłem po telefon, kiedy jego ekran rozbłysnął niebieskim światłem. Wyświetliła się na nim nowa wiadomość od Dee.

„Wiem, że cię to nie obchodzi, ale jesteś dużo ładniejszy, niż ta cała MiaoMiao.” Chociaż wolałbym już o tym nie rozmawiać, to jednak rozumiałem jego intencje. Pół żartem pół serio próbował teraz na odległość rozładować napięcie, bo czuł się winny. Nie mógłby mnie przeprosić, z resztą nawet bym nie chciał. Sam wtedy czułbym się jeszcze gorzej niż do tej pory, a i tak było już marnie.

Po chwili dosłał kolejną wiadomość; „Co to w ogóle za imię? MiaoMiao… Ta twoja rodzinka ma jakiegoś chorego bzika na punkcie kotów, czy co?”

Postanowiłem nic nie odpisywać, przynajmniej jeszcze dopóki nie dowiedziałem się sam, o co chodziło z moją kuzynką i rodzinnym biznesem. Wystukałem, więc w wyszukiwarce hasło „XinSong Megacorp, Xin MiaoMiao” i natychmiast otrzymałem ponad pięćdziesiąt milionów linków odsyłających do pasujących tekstów w sieci.

Wszystkie na pierwszej stronie odnosiły się do obydwu haseł. Wybrałem link do tej najbardziej rzetelnej biznesowej gazety cyfrowej. Artykuł opisywał konferencję prasową, która rzekomo odbyła się tamtego dnia rano. Dyrektorzy Generalni firmy z odzieżą sportową Tigerfang oraz Song Tech, marki produkującej wszelkiego rodzaju urządzenia elektroniczne, przedstawili oświadczenie prezesów spółki XinSong Megacorp, w której skład wchodziły między innymi obie z wyżej wymienionych korporacji. Oświadczenie miało dotyczyć przejęcia w przyszłości całego majątku, jakim dysponowała mega korporacja XinSong przez MiaoMiao, moją kuzynkę od strony ojca. Pod warunkiem, że w ciągu trzech kolejnych lat nie zostałby odnaleziony ich zaginiony przed laty jedyny syn, Xin QingYoung. Tradycja nakazywała, aby majątek firmy przejmowało potomstwo, lub młodsze rodzeństwo właściciela. Wyjątkiem były przypadki, kiedy właściciel nie miał własnych dzieci, ani młodszego rodzeństwa. Ważnym było, jednak, by firma pozostała w rodzinie.

Ale czy naprawdę chcieli podtrzymać tradycję kosztem prawdopodobnego upadku największej korporacji, jaka powstała na Hallitarze?

Gapiłem się przez chwilę na jej zdjęcie, załączone między paragrafami tekstu z potężnym poczuciem, że cały ten skandal nakierowany był nie tyle na MiaoMiao, co na mnie samego. Znałem ją oczywiście lepiej niż bym sobie tego życzył - stąd moje przypuszczenia. W dzieciństwie musieliśmy spędzać ze sobą wszystkie święta Narodu Sokoła i nawet chodziliśmy do tej samej szkoły uniwersalnej. Nie znosiłem jej wtedy nawet bardziej niż samego siebie, a żeby zapracować sobie na taką niechęć z mojej strony, to trzeba przyznać, nie lada wyczyn.

Jedyne, co się zmieniło w jej wyglądzie, to fryzura – przefarbowała czarne włosy na pastelowy róż. Reszta pozostała taka, jak w mojej pamięci, kiedy ostatni raz jedliśmy wspólnie obiad w Święta Wszystkich Księżyców. Wciąż miała minę, jakby chodziła po kawałkach szkła i próbowała nie dać po sobie poznać, jak bardzo ją to bolało. Zgadywałem, że w jej zachowaniu również niewiele się zmieniło. Pewnie do tej pory jej ulubionym zajęciem było wyrywanie skrzydełek motylom i podtapianie kociątek (raczej tak to nie działa, ale może właśnie stąd się wzięło jej imię?). Skoro ludzi potrafiła doprowadzać do ciężkiej depresji, to dlaczego tamto miałoby nie mieć sensu?

A więc to tak, pomyślałem, obrzucając resztę artykułu wzrokiem i wyłapując pojedyncze, ważniejsze słowa.

— To ma być prowokacja? — mruknąłem sam do siebie, blokując ekran. Rzuciłem telefon za siebie i przejechałem dłońmi po twarzy, jakby to pomogło wymazać z mojej głowy wszelkie emocje powiązane z całym tym wydarzeniem. A jednak nie mogłem powstrzymać z lekka histerycznego chichotu, który wydarł się z mojego gardła. Podniosłem się do siadu, kręcąc na boki głową.

MiaoMiao może i była krewną mojego ojca, ale ja sam znałem przynajmniej pięćdziesiąt osób tylko w Tigerfang, na wysokich stanowiskach, które znacznie lepiej poradziłyby sobie w prowadzeniu tak ogromnej korporacji, jak spółka XinSong.

Zdawałem sobie sprawę, iż było to taktyczne zagranie ze strony moich rodziców, mające sprowokować mnie do ujawnienia się i pewnie jeszcze powrotu do interesu (bo rodziną tego nie dało się nazwać). Tyle, że ja nie zamierzałem zmieniać zdania. Trzy lata wcześniej usunąłem się z ich życia na dobre i miałem nadzieję, że będą się z tego raczej cieszyć, a nie szukać mnie po całym kraju, jak zaginionego na osiedlu szczeniaka. Jakbym kiedykolwiek cokolwiek dla nich znaczył.

Niech sobie robią z tym majątkiem, co chcą, myślałem, tupiąc piętą w podłogę. Mam głęboko gdzieś wszystkie ich pieniądze, posiadłości i pokręcone znajomości, nie chcę mieć z tym nic wspólnego.

Zauważyłem, że moje serce znowu zaczęło bić mocniej, a ja powoli zanurzałem się w poczuciu nadchodzącej wielkimi krokami paniki. Wmawianie sobie, że przeszłość nie miała już na mnie wpływu nie pomagało. Przecież mieli ludzi na wysokich stanowiskach w każdym miejscu w tym kraju, a ja mieszkałem sobie dosłownie pod ich nosem na drugim końcu miasta. Na tym etapie mojego życia już dawno powinni doskonale wiedzieć, gdzie się znajdowałem i tylko czekać na odpowiedni moment, żeby mnie schwytać i zawlec siłą do mojego pokoju w domu rodzinnym. Tam pewnie ktoś zająłby się mediacjami i wyznaczeniem kary za zniewagę prastarego rodu Xin i splamienie dobrego imienia obojga moich rodziców.

Uciekłem stamtąd, świadomy, że najprawdopodobniej zakończy się to moją śmiercią. Próbowałem to nawet kilka razy przyspieszyć na własną rękę, ale z jakiegoś powodu coś mnie ciągle utrzymywało przy życiu na tym świecie. Gdybym może pogodził się wtedy z losem i posłusznie został marionetką, zaplątaną w te wszystkie sznurki, którymi pociągał mój ojciec i jego ludzie, jakoś bym przeżył, jakoś bym zniósł miażdżącą presję i życie w zakłamaniu. Złota klatka, to w przypadku mojej rodziny zbyt delikatna metafora. To bardziej, jak wyłożona złotem i pieniędzmi sucha studnia bez możliwości wyjścia, której ściany zbliżają się do siebie z roku na rok, żeby ostatecznie zmiażdżyć siedzącego w środku więźnia.

Do tej pory nie rozumiałem, jakim cudem udało mi się zbiec. Jakim cudem wciąż nikt mnie nie znalazł, nie dotarły do mnie żadne groźby i nikt wokoło nie zorientował się, że jestem spadkobiercą największej fortuny świata. Racja, przestałem ubierać się tak elegancko, jak kiedyś, zamieszkałem w dzielnicy  okrytej złą sławą i przefarbowałem włosy z czerni na kasztanowy brąz, ale czy to poważnie mogło wystarczyć? Nikt nie postanowił uważniej mi się przyjrzeć, sprawdzić moich dokumentów i odkryć, że były fałszywe?

Minęły trzy lata i od tamtego czasu jedynie Dee udało się odkryć moją prawdziwą tożsamość.

Nie wierzyłem w takie bzdury, jak zbiegi okoliczności czy przeznaczenie - ufałem swojej inteligencji, faktom i materialnej rzeczywistości. Natomiast aktualny stan rzeczy przedstawiał się wprost irracjonalnie. Odkąd uświadomiłem sobie, że żyło mi się znacznie lepiej niż to możliwe, zacząłem miewać ataki paniki, a także niekontrolowane wybuchy agresji. Żadna romantyczna relacja, którą próbowałem zbudować nie przetrwała dłużej niż miesiąc, bo czułem się, jakby za moment miał nastąpić koniec mojego życia, koniec tej bajki – czy to spowodowany śmiercią, czy powrotem do rodziny, który w gruncie rzeczy byłby dla mnie w tym momencie znacznie gorszą opcją niż śmierć.

Zostałem w pokoju sam z tym demonem strachu, który wiązał mi ręce, ściskał gardło i nie pozwalał żyć, jak normalny człowiek.

Rzeczywistość nie miała sensu. Fakty się ze sobą nie zgadzały.

Było zbyt dobrze, a ja na to nie zasługiwałem.

Było zbyt dobrze i kiedyś musiało się to skończyć, a ja miałem czekać na krawędzi w oczekiwaniu, na kogoś, kto w akcie litości zepchnie mnie w przepaść.

Dziewczyna ze szkicownikiem – pojawiło się nagle w mojej głowie. Psychologia człowieka, to dla mnie wielka zagadka, którą nie dane mi było odkryć, chociaż próbowałem zagłębiać się w przeróżne publikacje naukowe. Od dziecka miewałem takie przebłyski geniuszu, albo strasznej głupoty (nie wiem, które z tych określeń pasowałoby lepiej), których nauka nie była w stanie wyjaśnić. Myśli, które teoretycznie rzecz biorąc nie powinny się ze mnie brać w momentach największego niebezpieczeństwa, strachu i przytłaczającego smutku. Tak, jakby ktoś inny wkładał je do mojej głowy. Można by to tłumaczyć reakcją obronną umysłu na sytuacje, które uznaje za śmiertelne niebezpieczeństwo, w których skupia moją uwagę na rzeczach zupełnie oderwanych od źródła mojego stresu. Bywało, że mi to pomogło ujść z życiem, a nawet uciec z tego więzienia zwanego domem. Ale zdarzały się i tak abstrakcyjne myśli, jak ta teraz.

Dlaczego w ogóle o niej pomyślałem? Była ładna? Miała najdłuższe włosy, jakie w życiu widziałem. Skąd mi się to wzięło? Co mi się w niej tak spodobało? Waleczność? Dziecinność? Faktycznie często lądowałem w relacjach z szalonymi laskami, które okazywały się po czasie zachowywać wprost infantylnie, ale zdawało mi się, że tego nie lubię.

Ciepło, pojawiło się nagle w mojej głowie.

Tak, to dziwne, przyciągające ciepło. Coś, czego nigdy przy nikim nie czułem przy pierwszym spotkaniu, a miałem wrażenie, że z niej się to wylewało tak po prostu. Nie odezwała się przecież do mnie pierwsza, a nawet sprawiała wrażenie wystraszonej. Nie chciałem, żeby tak było, ale zabawnie reagowała na moje zaczepki. Bawiłem się wtedy, jak dziecko.

Nie zauważyłem, kiedy te wspomnienia z poprzedniego dnia wyciszyły wstrząsający mną strach. Nie zastanawiając się nad tym specjalnie, położyłem się w łóżku i zatopiłem w nich, by w końcu usnąć z uśmiechem na twarzy.

Bawiłem się, jak dziecko.

Czyli, jak jeszcze nigdy przedtem.

To miłe. Poczuć się w końcu, jak dziecko.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz