poniedziałek, 1 marca 2021

Rybia Łuska

1

POKÓJ AKWARIUM

Szłam wąskim chodnikiem, ciągnącym się wzdłuż głównej drogi. Ze słuchawkami w uszach i wyjątkowo dobrym nastrojem, przeskakiwałam cienie, rzucane przez wysokie drzewa w słońcu, które powoli przygotowywało się już do zachodu. Nic tak nie poprawia humoru, jak premiera nowego singla twojego ulubionego piosenkarza. Noah Moss – młody, przystojny i jakże utalentowany! Jego teksty, to czysta poezja, ale największe wrażenie na odbiorcy robiły same dźwięki. Potrafiły dotknąć najgłębszych zakamarków serca, sprawić, że nawet w dalekiej podróży poczujesz się, jak w domu, albo w ten najbardziej pochmurny z dni, napełnić energią i chęcią do życia.

Jego muzyka była dla mnie czymś więcej niż tylko muzyką. Ona mnie ratowała, nadawała mojemu życiu sens. Czasami tylko ona wydawała się mnie naprawdę rozumieć. Nie jestem jakimś wyalienowanym dziwolągiem bez jednej koleżanki, spokojnie! Mam nawet dość sporo znajomych, kilku przyjaciół, należę do fanklubu. Nawiązywanie znajomości przychodzi mi raczej łatwo, chociaż może nie zawsze tak było. Cóż, kiedyś nie potrafiłam słowem odezwać się w klasie, kiedy nauczyciel zadawał mi pytanie. Strasznie się stresowałam absolutnie wszystkim. Byłam totalnym przegrywem, nikt nie chciał mieć ze mną nic wspólnego. Poza Kkaniee Norado, ale ona chyba jeszcze wtedy nie rozumiała, jakie panują zasady życia społecznego w Halldarze. Pochodziła z innego kraju, sama nie miała wielu znajomych. Myślę, że to czysty przypadek, że teraz w ogóle się przyjaźnimy. Gdyby oprócz mnie w Jinshil była wtedy jeszcze jakaś inna dziewczynka w jej wieku nawet by mnie nie zauważyła.

Kiedyś to było! Teraz jest… no teraz jest inaczej. Teraz mam znajomych, masę znajomych i to nie jakichś zwykłych – należą do najpopularniejszych ludzi w szkole. Mam w końcu jakieś normalne zainteresowania i dorosłam do pewnych rzeczy. Jedną z nich jest na przykład pozostawienie głupot, które do nikąd nie prowadzą, a tylko zabierają mi czas. Śpiewanie między innymi. Wiem przecież, że nigdy nic nie osiągnę w branży muzycznej, nie ma więc sensu się w to bawić. Podjęłam za to nowe hobby; makijaż, moda - te o wiele bardziej się przydają. Może i nie powinno się oceniać ludzi po wyglądzie zewnętrznym, ale co innego ma cię do nich właściwie przyciągać? Wygląd, to podstawa, a makijaż potrafi zdziałać cuda.

Skręciłam w ulicę, po której obu stronach rosły gęsto drzewa iglaste. Jinshil to miasteczko, które założono w archaicznych czasach przez leśniczych. Wszędzie wokół są drzewa, a jedyna większa przestrzeń ich pozbawiona, to centrum, które z kolei wcale nie znajduje się w centrum, ale jest wysunięte najbardziej na zachód. Tam są wszelkie sklepy i urzędy, a także dworzec pociągów magnetycznych, którymi można bezpośrednio dojechać do Thornilu.

To połączenie, to prawdziwe zbawienie. Nie wiem, jak długo przeżyłabym z dala od wszystkiego, po środku jednego wielkiego lasu, gdybym nie miała możliwości dojazdu do stolicy. Tam dopiero da się żyć. Tam można cokolwiek osiągnąć. I szczerze – po tysiąckroć bardziej wolałabym mieszkać w Silli z babcią, niż w tej dziurze. W Jinshil do wszystkiego jest daleko. Nawet do głupiego spożywczaka. Domostwa są porozrzucane po obu stronach rzeki Tosa i wszędzie wokół rosną drzewa. Coś strasznego, poważnie. Ale przynajmniej chronią przed słońcem w gorące dni, a opalenizna, to największy wróg skóry! Poznaliśmy więc jedyną zaletę tego miasteczka.

Przeszłam po wyłożonym płaskimi kamieniami podjeździe i weszłam po niewysokich schodkach na otwartą, małą werandę. Otworzyłam czarne drzwi i weszłam do przedpokoju, w którym od razu ściągnęłam buty i schowałam je do szafki w ścianie. Chodzenie w butach czy na boso w tym domu było niedopuszczalne, dlatego od razu włożyłam na stopy puchate kapcie. To przyzwyczajenie pochodziło z kultury Narodu Sokoła i zauważyłam, że nie wszyscy na świecie tak robią dopiero, kiedy po raz pierwszy odwiedziłam dom Kkaniee. Na drzwiczkach wisiało podłużne lustro, ciągnące się od podłogi do sufitu. Przejrzałam się w nim i odrzuciłam czarne, nieco splątane włosy na plecy. Bardzo mi się podobał dobór ubrań tamtego dnia. Miałam na sobie pastelowo niebieską koszulkę z długim rękawem, wsuniętą do białej spódniczki w cieniutką, czarną kratkę, która sięgała mi do połowy uda, a na nogach niebieskie trampki w takim samym odcieniu, co bluzka. Słodko i zwiewnie.

Przeszłam dalej, do niewielkiego przedpokoju, takiego metr na dwa metry. Cały ten dom był raczej niewielki; składał się z parteru, gdzie znajdowały się salon, maleńka kuchnia, sypialnia rodziców i łazienka pod schodami. Na piętrze był mój pokój, a po drugiej stronie korytarzyka pokój mojej siostry. Może to nie willa, ale dom był nowy, postawił go mój ojciec kilka lat temu. Rodzice umeblowali go w stylu nowoczesnym. Wszędzie rzucało się w oczy ciemne drewno, a dodatki, takie jak spory dywan w salonie były intensywnie czerwone lub białe. Mogłoby się wydawać mrocznie, ale przez wielkie okna, które mieliśmy prawie w każdym pomieszczeniu, wpadało dużo światła. Po przeciwnej stronie od wejścia do salonu, na samym środku ściany stał średniego rozmiaru kominek wykonany w minimalistycznym stylu.  Po obydwu jego stronach ściana była przeszklona. Od góry do dołu ciągnęły się dwa szeregi wąskich, długich okien w ciemnych oprawach, wbudowanych w ścianę pionowo, jedno przy drugim. Dwa z nich można było otworzyć i przejść na tył domu, na starannie wykoszony przez ojca trawnik. Niewiele się tam działo; stał grill, dwa plastikowe leżaki i metalowa huśtawka mojej młodszej siostry. Oprócz niej, nikt już tam nie spędza czasu dla zabawy. Podwórko otaczał oczywiście las. To znaczy najpierw metalowy płot, a potem las.

- Hong Nabi – usłyszałam stanowczy głos matki, przebijający się przez muzykę, kiedy wchodziłam głębiej. Zatrzymałam się przed schodami, które pięły się w górę pod ścianą przeciwną do tej z oknami w salonie.

Jej mina wskazywała na straszny zawód, ale już nawet nie zastanawiałam się, czy faktycznie mogłam zrobić coś złego, czy po prostu wymyśla sobie kolejny problem, bo za bardzo się nudzi swoim własnym życiem.

Wyciągnęłam słuchawkę z jednego ucha i popatrzyłam na nią trochę pytająco, a trochę ze znudzeniem. Wiedziałam na co się zanosi i jak najszybciej chciałam mieć to za sobą.

- Wyciągnij to z uszu, jak do ciebie mówię – syknęła, urażona. Z każdą sekundą denerwowałam się coraz bardziej, chociaż jeszcze nawet nie dowiedziałam się, o co ta burza. Wyciągnęłam więc pospiesznie i drugą bezprzewodową słuchawkę. Ściągnęłam jedno ramię czarnego, materiałowego plecaka i wrzuciłam obie do bocznej kieszonki. – Dostałam wiadomość ze szkoły, że twoje wyniki się znacznie pogorszyły. Co to ma znaczyć?

Wzruszyłam ramionami.

- Przestań! Rozmawiaj ze mną, jak z człowiekiem – zażądała, podchodząc kilka kroków bliżej i krzyżując ręce na piersi. Zatrzymała się, jednak w znacznej odległości, jakbym mogła jej zrobić coś złego, gdyby się bardziej zbliżyła. – Nauka, to twój jedyny obowiązek. Tylko tyle musisz robić w tej rodzinie i nawet to cię przerasta?

- To tylko kilka ocen – zaczęłam spokojnie, chociaż wewnątrz czułam się zirytowana, zraniona i upokorzona. – Nie wpłyną zbytnio na całokształt moich…

- Jesteś bezczelna – urwała mi. W jej oczach zakręciły się łzy, usta zaciskała mocno i patrzyła na mnie tak, jakbym wymierzyła jej policzek. Wypuściłam powietrze z ust i odwróciłam wzrok. To samo przedstawienie odstawiała z byle jakiego powodu. Czasami miałam wrażenie, że jestem jej potrzebna tylko po to, żeby miała kogo obarczać winą za wszystkie swoje negatywne emocje. – Żadne dziecko Sokoła nie miałoby serca odzywać się z taką zniewagą do swoich rodziców – syknęła przez zęby.

- Nie jestem już dzieckiem – mruknęłam pod nosem, wciąż nie patrząc w jej kierunku. Usłyszałam, jak wypuszcza z płuc powietrze z pogardą i odchodzi w kierunku skórzanej kanapy, która stała po lewej stronie, zwrócona do środka pomieszczenia. Dokładnie naprzeciwko kominka stał skórzany fotel, w którym siedział tyłem do mnie ojciec, popijając piwo z wielkiego szklanego kufla.

- Gdzie popełniliśmy błąd, Bogun? – zapytała raczej bez nadziei na odpowiedź. Rodzice rzadko się ze sobą zgadzali, często się kłócili. Nawet wspólny wróg, którym mogłabym dla nich być nie mógł ich ze sobą zjednać. Ojciec milczał, miał głęboko gdzieś, co się ze mną dzieje i cały teatrzyk mamy. Wpatrywała się w drzewa za oknami i kręciła głową na boki. Nie potrafiłam zrozumieć jej zachowania. Nikt nas nie oglądał, nikogo nie obchodziły jej dramaty. Jedyne, co osiągała, to moje zranienie.

Niby się przyzwyczaiłam, ale to nie tak, że przestało to na mnie robić wrażenie. Odkąd pamiętam byłam jej porażką. Według niej nic nie potrafiłam zrobić dobrze, codziennie powtarzała mi, że zawiodła się na mnie, że sprawiam jej smutek, że spodziewała się po mnie czegoś więcej, a wyszło, jak zawsze. Nie potrafiłam uodpornić się na nią emocjonalnie. Codziennie spodziewałam się kolejnych zranień. Co teraz wymyśli? Co takiego dzisiaj we mnie odkryje, co nie będzie jej pasować? O czym znowu zapomniałam? Czego się sama nie domyśliłam, chociaż powinnam? Nigdy nie udało mi się jej dogodzić, albo sprostać jej oczekiwaniom.

Pobiegłam do góry i zamknęłam się w swoim pokoju. Plecak rzuciłam pod łóżko a sama usiadłam na nim i opierając łokcie na kolanach, ukryłam twarz w dłoniach. Starałam się nie płakać. W końcu to nie miało sensu. Powinnam już dawno mieć jej zdanie głęboko gdzieś, ale jednak… Było mi smutno. Chciałam, żeby mnie kochała, ale chyba nie widziała we mnie żadnego powodu do tego. Może miała rację. Co tu kochać? Za co?

Podniosłam wzrok na lustro, umieszczone w białej szafie. Grzywka odstawała mi, zmierzwiona, policzki miałam zaczerwienione od emocji, a okrągłe, piwne oczy zaszklone. Po moim policzku popłynęła łza. To właśnie byłam ja. Prawdziwa ja. Beznadziejna, miękka, brzydka i słaba dziewczynka, która z niczym sobie nie radzi, nawet z matką niestabilną emocjonalnie. Inni ludzie; w szkole, czy na mieście widzą mnie zupełnie inaczej. Jako silną, pewną siebie i piękną młodą kobietę. To tylko iluzja. Czar, rzucony na mnie przez potwory morskie. Dzięki niemu nikomu nie przyjdzie do głowy, że coś mogłoby być ze mną nie tak. Wyglądam idealnie, jakbym w życiu nie miała żadnych problemów, jak laleczka, jak gwiazda. A wewnątrz czuję się, jak worek cuchnących śmieci. Bezwartościowa, niechciana, brudna i bezużyteczna. To ja… jestem potworem.

Łza spłynęła ciężko w dół po brodzie i opadła na podłogę. Skórę i mięśnie z tyłu lewego barka zaczął przeszywać tnący ból. Rozprzestrzenił się w mgnieniu oka po całej lewej ręce i w dół pleców, aż cała lewa strona mojego ciała zdrętwiała. Nagle podłoga pod moimi stopami zaczęła się poruszać. Wystraszyłam się, wskoczyłam na łóżko i przyciskałam lewą, bezwładną rękę prawą do piersi.

- Nie, nie… - szeptałam do siebie, spanikowana. Zaczęło się. Znowu się zaczęło, a ja nie byłam na to gotowa. – Nie, błagam, nie teraz… proszę, nie…

Mój pokój i wszystkie meble w nim, włącznie z moim łóżkiem poruszały się tak, jakby podłoga falowała, powierzchnie wszystkich luster, jakie miałam w pokoju zdawały się być płynne, jak tafla wody. Nagle wszystko ustało. Ciszę przerywał tylko mój nierówny oddech i szalone bicie serca. Po moich policzkach płynęły łzy, jedna po drugiej. Rozglądałam się, przerażona po pomieszczeniu. To nie mógł być koniec. Coś było nie tak. Ale może to była moja szansa. Gdybym teraz uciekła do salonu, tam, gdzie siedzieli rodzice, na pewno by mnie nie ściągnęły. Robią to tylko, kiedy jestem sama, nikt inny nie może o tym wiedzieć, ani tego zobaczyć.

Zerwałam się z łóżka i postawiłam stopy na podłodze, jednak, zanim zdołałam chociażby stanąć, poczułam, jak moje skarpetki mokną, jakbym stanęła w kałuży. Wróciłam na łóżko. Podłogę zalewała woda. Zimna, brudna, zielona woda, która wypływała spod mojego łóżka. Było jej coraz więcej, wypełniała cały mój pokój milimetr po milimetrze. Poziom wody rósł tak szybko, jak szybko wypełnia się wannę  do kąpieli.

Płakałam i trzęsłam się z zimna i ze strachu. Zalało materac, więc wstałam na nim i czekałam. Im więcej wody zalewało mój pokój, tym więcej strachu i paniki zalewało mnie od środka. Kiedy krzyknęłam, z mojego gardła nie wydał się żaden dźwięk, mimo tego, że chlupot wody słyszałam. Spróbowałam jeszcze raz, ale nic z tego. Kolana, uda, pas, piersi, szyja – nabrałam głęboki wdech, zanim zalało mi usta i nos, a potem głowę i tak do sufitu. Wokół mnie pływały glony, woda była mętna i słona, piekły mnie oczy. Robiło się coraz ciemniej, a mi brakowało tchu. Próbowałam podpłynąć w górę, by ostatkiem sił i rozumu ratować się przed śmiercią, ale woda wypełniała pomieszczenie po same krawędzie, jak akwarium. Nie mogłam oddychać, ale mój organizm domagał się powietrza. Nie zapanowałam nad odruchem i wypuściłam dwutlenek węgla z płuc, po czym natychmiast wciągnęłam nosem wodę. Wypełniła boleśnie moje zatoki, krtań, płuca. Bolało tak, jakby coś rozsadzało mnie od środka. Zrobiło się jeszcze ciemniej i traciłam myśli. Zanim straciłam przytomność, zobaczyłam, jak ciemny kształt płynie w moją stronę. Jego oczy błysnęły czerwienią i… umarłam.

A przynajmniej o tym marzyłam.

 


2

W    G Ł Ę B I

Obudził mnie potworny ból, jakby moje nogi łamały się w kilku miejscach jednocześnie. W rzeczywistości łączyły się w jedno. Mięśnie przerwały skórę i przeplatały ze sobą, kości zmieniały miejsce i kształt, a spod skóry wyżynały mi się łuski, jak ostre nożyki. Trwało to pewnie dość krótko, ale ból był nie do zniesienia i miałam wrażenie, jakby ciągnął się w nieskończoność. Tym razem byłam w stanie usłyszeć swój krzyk, ale bardzo stłumiony. Z moich ust nie wydobywało się już tyle bąbli powietrznych - przez podłużne rozcięcia na szyi przepływała woda, filtrowana przez skrzela. Musiały wytworzyć się najpierw, zanim się obudziłam.

W końcu cierpienie ustało, a ja opadałam bezwładnie na dno. Im niżej, tym ciemniej i chłodniej się robiło. Nie wiem, jak długo się nie ruszałam, ale w końcu w ciemności coś otarło się o moje plecy. Spięłam się wtedy, wystraszona i choć wszystko mnie jeszcze bolało, szarpnęłam dolną częścią ciała nieudolnie. Zawsze z początku zapominałam, jak się pływa. Przefiltrowałam wodę tak, jakbym wzięła głęboki wdech i skupiłam się tyle na ile byłam w stanie. Powoli zaczęłam poruszać płetwą w przód i w tył. Spróbowałam pomóc sobie rękoma, co okazało się być dobrym pomysłem. Między palcami wyrosła mi mocna, choć elastyczna i cienka błona. Z każdym kolejnym ruchem wszystko sobie przypominałam po kolei. Dużo łatwiej było płynąć, wykonując faliste ruchy całym ciałem, a kiedy już się rozpędziłam, wystarczyło machać płetwą.

To, co sobie uświadomiłam, kiedy pierwsza panika minęła, to fakt, że nie znajdowałam się już dłużej we własnym pokoju. Woda wokół mnie była lodowata, ale odczuwałam to tylko połowicznie, jedynie z wierzchu. Powoli odzyskiwałam też wzrok w ciemności, ale nie zamierzałam z niego zbyt długo korzystać. Dopłynąć do powierzchni wody - to plan numer jeden. Potem trzymać się z dala od dna, ale nie sunąć przy samej tafli. Przejrzysta powierzchnia nie była wcale lepsza od ciemności głębin. Zbyt duża ilość powietrza mogła mi teraz wypalić drogi oddechowe (z czegokolwiek się składały), a poza tym w razie sztormu, fale mogłyby mnie zmiażdżyć. Jak już kiedyś mi się zdarzyło.

Oh, nie myśl o tym teraz – zmuszałam się, by odepchnąć od siebie traumatyczne wspomnienia moich poprzednich śmierci.

Dopłynęłam wystarczająco blisko, żeby zobaczyć, że woda wyglądała na dość wzburzoną, ale nie dosyć, żeby nazywać to sztormem. Prądy były jednak na tyle silne, że musiałabym zejść niżej, by móc w ogóle płynąć. Tylko, że na nic by mi się to zdało, gdybym nie wiedziała, w którą stronę.

Ruszyłam ku górze. Wstrzymałam oddech i wychyliłam głowę nad powierzchnię. Starałam się utrzymać równowagę i nie zostać zatopiona przez wysokie fale, a jednocześnie odnaleźć jakikolwiek punkt odniesienia. Wszędzie wokół była tylko woda, woda, woda, ruchome ściany wody, deszcz lejący się na mnie z ciemnych, ciężkich chmur nie pomagał ani trochę. Zanurzyłam się, by nabrać tlenu z wody przez skrzela i powróciłam nad powierzchnię. Chwilę tak dryfowałam, próbując dostrzec krawędź lądu w oddali, albo skały Syreniej Zatoki, ale to na nic. Kiedy znów zeszłam pod wodę, poczułam zimne dreszcze na plecach. Rozejrzałam się wokół pospiesznie i wtedy go zobaczyłam. Czerwone oczy błyskały w brudnej, słonej wodzie i zbliżały się niebezpiecznie szybko w moim kierunku.

Potwór morski, to świetny, choć przerażający i przede wszystkim ostateczny punkt odniesienia. Należy płynąć najszybciej, jak się da w przeciwnym od niego kierunku i nie dać mu się złapać. Czy kiedykolwiek udało mi się uciec? Odpowiedź brzmi: nie i tym razem również na to nie liczyłam. Mimo tego, usiłowałam odłożyć spotkanie z nim jak tylko się da.

Moja ucieczka przypominała gonitwę po pustyni, a jedyna rzecz, która stawiała mnie w gorszej sytuacji, to fakt, że dookoła nie było niczego. Nie licząc wody, otaczała mnie absolutna pustka. Na pustyni miałabym chociaż grunt pod stopami i słońce nad głową, teraz nie widziałam pod sobą dna, przed sobą żadnej granicy, za sobą jedynie żarzące się czerwone oczy w oddali. Płynęłam najszybciej, jak mogłam, otoczenie wokół się nie zmieniało, ponad falami niebo tylko ciemniało coraz bardziej. Nie rozumiałam, dlaczego jeszcze mnie nie dogonił. Potwory morskie były znacznie szybsze od jakichkolwiek innych stworzeń żyjących pod wodą, przede wszystkim dlatego, że nie były jedynie istotami materialnymi. Potrafiły w mgnieniu oka przemieszczać się z jednego miejsca w drugie, oddalone o kilometr. Nie tylko dlatego, że pływały szybko, potrafiły się też teleportować. To, że znajdowałam się właśnie po środku oceanu, nie wiadomo, gdzie, nadal ubrana w błękitną koszulkę i białą spódniczkę w kratę, również stało się za sprawą teleportacji. Działała w jakiś dziwny, magiczny i koszmarny sposób, którego wcale nie chciałam zrozumieć.

Kwestia mojego połączenia nóg w rybi ogon, przedstawiała się w następujący sposób – łączyły się one w jedno mniej więcej od połowy ud w dół. Prawą nogę zawsze miałam z przodu, a lewą z tyłu, połączone dokładnie dopiero w kolanach. Nie było to ani trochę wygodne i chyba zachodził jakiś błąd podczas mojej przemiany. Z tego powodu wciąż mogłam mieć na sobie bieliznę i majtki na tyłku w niczym nie przeszkadzały. Nawet zakrywały to, co zostało mi z człowieka tam na dole. Cała góra mojego ciała wyglądała zwyczajnie, ludzko (nie licząc skrzeli na szyi i błon pomiędzy palcami). Nie byłam pewna, co do zmian wewnętrznych, ale podczas przemiany, czułam również ból w środku, jakby nawet moje wnętrzności się przekształcały.

W końcu zatrzymałam się, by unosić w jednym miejscu przez chwilę. Niewiedza i niepewność sączyły w moje myśli panikę. Gdybym nie była w oceanie, zalewałabym się łzami, ale w tamtym momencie cała ta woda wokół wydawała się być moimi łzami. Moim smutkiem, strachem, szaleństwem.

- Przestań! – krzyknęłam stłumionym, trochę nieludzkim głosem. Dźwięki, które z siebie wydawałam, jako syrena brzmiały wyżej, głośniej i bardziej przeciągle. W wodzie roznosiły się dłużej i płynniej. – Koniec tej zabawy, słyszysz?!

Rozglądałam się niespokojnie za potworem i znalazłam go nagle pół metra przed moją twarzą, kiedy obracałam twarz prawo. Czerwone, ostro zakończone oczy patrzyły prosto w moje. Czarne „źrenice” wyglądały tak, jakby ktoś je rozszarpał na kilka kawałków. Zmieniały swój kształt, jak smoła, pływając  wewnątrz oczu istoty.

Zabawa się skończy, kiedy ja o tym zdecyduję – odparł wewnątrz mojej głowy głosem zimnym jak lód, syczącym, jak setki szeptów i uderzającym w każdą część mojego umysłu z taką samą siłą, paraliżując mnie całą w efekcie. Wyciągnął smukłą, ciemną rękę w moją stronę i zacisnął ją na moim gardle. Zamknęłam oczy, bo tylko tyle mogłam zrobić. Tylko tak mogłam uciec. Nie patrzeć, nie widzieć, jak wyglądał, co robił, co planował. Nie chciałam tego wiedzieć, nie chciałam tam być.

W pewnym momencie poczułam, że zderzam się plecami i tyłem głowy o zimną, nierówną ścianę. Ucisk na gardle zmalał, a po chwili zniknął. Otworzyłam oczy i niepewnie rozejrzałam się wokół. Znajdowałam się w podwodnej jaskini. Była oświetlona przy samym sklepieniu jakimiś kryształami, promieniującymi chłodnym, zielonym światłem. Wyglądało to, jak swego rodzaju przedsionek. Kryształy nade mną wskazywały drogę wzdłuż korytarza, z którego docierały do mnie przeciągłe dźwięki, niektóre bardzo wysokie, inne prawie głębokie. Przypominały śpiew, albo śmiech, ale ja cały czas drżałam w środku ze strachu. Radość płynąca z tych morskich melodii zderzała się z moją paniką i kontrastowała z nią tak strasznie i nienaturalnie.

W pewnym momencie coś wypłynęło z korytarza. Syrena, w pełni przemieniona, w przeciwieństwie do mnie. Jej jasne, długie włosy falowały w wodzie i mieniły się w słabym świetle kryształów, jakby były posypane brokatem. Ogon nie zaczynał się w żadnym konkretnym miejscu, nie wyglądała na połączenie człowieka i ryby. Wyglądała, jak syrena. Inna istota, inna całość. Nie miała skrzeli na szyi, ale za to rozcięcia po obu stronach klatki piersiowej, trochę podobne do tych, które można zaobserwować u rekinów. Na klatce odstawały dwie okrągłe wypukłości, co pewnie stanowiło jedyną oznakę, iż jako człowiek była kiedyś kobietą. Jej twarz, zwrócona ku mnie, była piękna, doskonała, choć nie do końca ludzka. Nos miała zamknięty, nie bardzo odstający. Gdybym jej się nie przyglądała, pomyślałabym, że w ogóle go nie miała, ale jednak między jej oczyma ciągnęła się w dół do różowych ust pociągła górka. Policzki również miała lekko zaróżowione, skórę tak jasną, że prawie białą, a ogon połyskiwał, niczym wykuty ze srebra.

Uśmiechnęła się do mnie zachęcająco i pokazała gestem ręki, bym podpłynęła bliżej. Nie wydawała się być groźna i w zasadzie nie spodziewałam się, by mogła się taką okazać. Była syreną, co znaczyło, że kiedyś także człowiekiem. One nie wyrządzały nikomu krzywdy. Bałam się jednak, że potwór obróci to jakimś swoim magicznym podstępem w coś strasznego i bolesnego, dlatego niepewnie i bardzo powoli zbliżyłam się do jasnej istoty. Delikatnie chwyciła moją dłoń i poprowadziła za sobą w głąb korytarza.

Płynąc tam coraz głębiej, docierało do mnie więcej dźwięków i zdałam sobie sprawę, że przez ten cały czas, tak wesołe i beztroskie, z jakiegoś powodu mnie przerażały. Brzmiały, jakby ktokolwiek znajdował się w środku (a musiało być to przynajmniej kilka istot) przeżywał uniesienia, ekstazy i jakieś wielkie przyjemności, jak zwierzęta, jakby nie kontrolowały samych siebie. Syrena, która trzymała mnie za rękę również sprawiała wrażenie nie od końca świadomej, przyciąganej, omotanej. Wyrwałam swoją dłoń z jej uchwytu i cofnęłam się. Ta spojrzała na mnie, zaskoczona, jednak trwała w tej emocji tylko przez chwilę, po czym wróciła na jej twarz beztroska obojętność i uśmiech. Obróciła się i zniknęła w korytarzu, odpływając w stronę z której przybyła. Znowu zostałam sama, teraz jednak prześladowana dźwiękami, których nie chciałam słyszeć. Próbowałam odpłynąć, uciec stamtąd, ale kiedy tylko odwróciłam się w tył, po raz kolejny natknęłam się na potwora. Właściwie wpadłam na niego, a on popchnął mnie za ramiona na skalną ścianę.

Nabi – odezwał się sycząco w mojej głowie. – Możesz mieć to wszystko, czego tak bardzo pragniesz. Odpłyń ze mną głębiej… nie słyszysz? Radość, spełnienie, przyjemność… Tam już nie ma więcej bólu. Nie ma smutku…

Swoimi słowami znieczulał mój mózg, zmiękczał moje myśli, ale to nie zmieniało faktu, że nadal się bałam. Było ciemno, zimno, czułam, jak jego szpony opierają się na mojej skórze, gotowe do cięcia, tak, jak nóż przy krtani. Kręciłam głową, zaciskając powieki i usta.

- Nie, nie, nie – powtarzałam, starając się zwalczyć jad, który robił mi w głowie papkę. – Nie chcę już tego, nie potrzebuję więcej.

Chciałam płakać, chciałam krzyczeć i być sama.

Nie takie były warunki naszego kontraktu, młoda damo – wysyczał dziesiątkami różnych głosów w mojej głowie i rozdarł moją koszulkę szponami, począwszy od rozcięcia na głowę, wzdłuż lewego rękawa. Później wbił je w mój bark, jakbym była zrobiona z galaretki. Gdyby nie moje kości, mógłby pewnie poszatkować mnie całą na tysiąc kawałeczków zaledwie dwoma pociągnięciami dłoni.

Twoja przemiana musi dokonać się w pełni. W przeciwnym razie… wyciągnę z ciebie resztki tej słabej, nędznej duszy, a ciało oddam na pożarcie rekinom. Decyzja należy do ciebie.

Po tych słowach drugą rękę zdjął z mojego prawego ramienia i wbił w brzuch.

Upadłam na twardą, jasną podłogę w moim pokoju. Poza tym, że bolało mnie całe ciało, mój żołądek wywrócił się do góry dołem, skręcany bólem i poczułam nagłą potrzebę zwymiotowania. Doczołgałam się do niewielkiego śmietnika pod biurkiem, przy którym się znalazłam i wyrzuciłam z siebie wszystko. Śniadanie, obiad, owoce, które zjadłam w ramach deseru po szkole, a także ból, przerażenie i smutek. Wszystko to wylądowało w koszu na śmieci, razem z jakimś glonem, którego nie powinno we mnie w ogóle być. Chyba, żeby brać pod uwagę, że to wszystko, co się wydarzyło, faktycznie miało miejsce i nie było jedynie wytworem mojej zniszczonej psychiki.

No bo błagam… jak mogłabym przemieścić się wbrew sobie z własnego pokoju w środku Halldaru, na środek oceanu, a później do Syreniej Zatoki (bo tam musiała się znajdować jaskinia z kryształami)? W mniej niż godzinę? Nie mogło to trwać dłużej, zważając na słońce, które wpadało do mojego pokoju przez okno, kryjąc się powoli za koronami drzew.

Dotąd byłam przekonana, że to tylko halucynacje. Koszmary senne, coś co dzieje się w mojej głowie, nie naprawdę. Dotąd jeszcze nigdy nie plułam wodorostami.

Drzwi pokoju otworzyły się. Do środka zajrzała mama. Popatrzyłam na nią z niemym błaganiem o pomoc. Nie wiedziałam, co mogłabym jej powiedzieć, ale nie radziłam już sobie z tym. Tak bardzo się bałam. Tak bardzo jej potrzebowałam.

Po jej twarzy przemknął cień zdziwienia. Później skrzywiła się i w końcu jej twarz spięła się w grymasie głębokiego niezadowolenia. Podparłszy ręce na biodrach zjechała mnie oskarżającym spojrzeniem.

- To jest już ponad moje nerwy – wysyczała przez zaciśnięte zęby. – Jeśli masz zamiar tak dramatyzować za każdym razem, kiedy upomnę cię o niedopatrzenie twojego jedynego obowiązku… to możesz się pożegnać… z jakimkolwiek kontaktem ze znajomymi! – wrzasnęła i wyszła z pokoju, trzasnąwszy uprzednio drzwiami. Z korytarza słychać jeszcze było, jak warczy sama do siebie, narzekając na zły wpływ moich rówieśników, na mnie. Później zeszła schodami na dół i już nie rozumiałam, co mówi, chociaż nadal słyszałam zduszony przez wszystkie ściany i podłogi rozdrażniony głos.

Osunęłam się na podłogę i podciągnęłam nogi pod siebie. Kuliłam się tak sama w sobie z nadzieją, że stanę się w końcu tak mała, że w końcu zniknę zupełnie. Powoli z moich oczu płynęły łzy, chociaż nie miałam już siły na jakikolwiek szloch.

 

Musiałam zasnąć na podłodze z wycieńczenia emocjonalnego. Nic mi się nie śniło, mój umysł wyłączył się zupełnie na tych kilka godzin. Obudził mnie rwący ból z tyłu lewego ramienia. Usiadłam na podłodze w tym samym miejscu, w którym zasnęłam. Była noc, dokoła panowała ciemność, a mój bark bolał coraz mocniej. Czasami już miewałam takie bóle mięśni w tym miejscu, ale po jakimś czasie zwykle mijało. Zawsze myślałam, że to wynik jakiejś kontuzji z dzieciństwa, jednak teraz odczuwałam to inaczej.

Podniosłam się i wyszłam z pokoju do łazienki, która znajdowała się na dole, obok salonu. Wchodziło się do niej przez drzwi pod schodami. Nie było to duże pomieszczenie, starczało miejsca na prysznic, umywalkę  z lusterkiem  nad nim i muszlę klozetową. Wszystko czarne; kafelki na podłodze i te umiejscowione do połowy ściany przypominały czarny marmur, a od połowy do sufitu ściany były pomalowane szarą, brokatową farbą.

Zdjęłam z siebie ubrania i weszłam pod prysznic. Normalnie wolałam brać gorące prysznice, jednak w tamtym momencie poczułam ogromną potrzebę ochlapania się zimną wodą. Kiedy spływała po moim ciele, cały ból, który wcześniej odczuwałam w kościach  i mięśniach ustał i gdzieś odpłynął. Moje myśli przestały wirować i głowa odpoczęła. Wszystko, co wydarzyło się w oceanie, teraz spłukiwała ze mnie zimna, czysta woda i czułam się lepiej. Dlatego tym bardziej nie spodziewałam się tego, co za chwilę miało nadejść.

Stojąc tam pod prysznicem, zupełnie bez ostrzeżenia, poczułam silny ból w ramieniu, ten sam, który mnie zbudził w pokoju. Po chwili nasilił się do tego stopnia, że wydałam z siebie głośniejsze jęknięcie, niż powinnam o tej porze, zwłaszcza, że zaraz obok był salon i sypialnia rodziców. Nie byłam w stanie, jednak wytrzymać. Zatkałam usta jedną dłonią, a drugą oparłam się o ścianę prysznica. Woda nadal spływała po moim ciele. Miałam wrażenie, że kilkanaście maleńkich ostrzy wyżyna mi się spod skóry nad lewą łopatką. Kiedy patrzyłam w dół z zaciśniętymi z całych sił ustami, widziałam, jak poza wodą, spływa ze mnie krew. Osunęłam się na kolana, zaciskając dłonie w pięści i starając się nie robić wiele hałasu. Próbowałam też nie wydawać już z siebie żadnych więcej dźwięków, chociaż ledwie mi się to udało.

W końcu krew przestała płynąć, a ból ustał nieco, chociaż nadal czułam pulsowanie w tamtym miejscu. Wyszłam powoli spod prysznica, stanęłam przed lusterkiem i obejrzałam swoje plecy. Otworzyłam usta, oddychając nierówno, przyzwalając przerażeniu po raz kolejny, by zalało mnie całą od środka.

Z tyłu ramienia, spod skóry wystawały łuski. Grube, ostre, prawie przezroczyste, o zielonym zabarwieniu. Odbijały światło, mieniąc się na fioletowo, niebiesko i różowo. Przypominały wyglądem ogon, który wyrastał mi, kiedy trafiałam do oceanu i przemieniałam się w syrenę. Sięgnęłam prawą ręką i spróbowałam ich dotknąć. Zabolało zbyt prawdziwie, żeby mogło być wymysłem mojej głowy. Chociaż, kto wie?

Nie mogłam usnąć bez bólu ani na plecach, ani na boku. W stanie czuwania przeleżałam na brzuchu całą noc. Rano sprawdziłam – łuski nadal tam były. Podczas ubierania się, zauważyłam, że  zahaczają o materiał bluzki, co nie tyle mnie drażniło, a wręcz bolało. Próbowałam obwiązać ramię bandażem. Kilka nieudanych prób i w końcu udało mi się otrzymać mniej więcej efekt, który sobie zamierzyłam. Prawie spóźniłam się na pociąg do szkoły, ale koniec końców dotarłam na miejsce o czasie. Musiałam minąć się z Kkaniee i chłopakami, dlatego zobaczyliśmy się dopiero na zajęciach, ale to akurat jeden plus, który w tym wszystkim dostrzegałam. Nie trzeba było rozmawiać i kłamać. Przynajmniej z samego rana.

Z początku ciężko mi było ukrywać ból, który powodowały łuski. Ich obecność przypominała mi również o moim Skażeniu. O ile sama do pewnego momentu nie wierzyłam w duchy i potwory, o tyle one każdego dnia, w każdej minucie, każdej sekundzie uzmysłowiały mi coraz mocniej, jak bardzo realny był mrok na Hallitarze. Każde kolejne ściągnięcie do oceanu, każda kolejna przemiana przestawała być dla mnie koszmarem i złym snem, a stawała się bardziej i bardziej namacalna, rzeczywista, realna. Ja faktycznie byłam teleportowana do oceanu, Syreniej Zatoki, która znajdowała się na terenie Pescherre - ziemi przeklętej. Jedynego miejsca naszej planety, do którego nie miała dostępu ludzka ręka, ani jej rozwinięte technologie. Do miejsca, w którym wylęgało się zło.

Dotarło do mnie w końcu, że na własne życzenie zostałam skażona Rybią Łuską. Chociaż po każdej przemianie uciekałam najdłużej, jak się dało i wzbraniałam się manipulacjom potworów morskich, miałam tę świadomość, że wkrótce mogłam stracić nie tylko własne ciało, ale i duszę. Postanowiłam, że zanim do tego dojdzie muszę przynajmniej spełnić kilka swoich pomniejszych marzeń. Te są zbyt osobiste, dlatego nie zamierzam tu o nich pisać. Może poza jednym…

Chciałabym w końcu nie być sama.

 

1 komentarz:

  1. Wow, nie wiem co mam napisać - WOW! To jest tak świetnie opisane, że WOOOW!!

    OdpowiedzUsuń