Obietnica Wroga
Kiedy otworzyła stare, drewniane, drzwi, wylała się na nią fala ciepłego światła, dochodzącego z wnętrza domu. Razem z nią uderzyła pewna myśl, która powstrzymała jej stopy przed wejściem do środka. Przystanęła tak na ganku przed otwartymi drzwiami, z jednej strony okryta jasnością, a z drugiej mrokiem lasu.
Popatrzyła na oświetlone deski pod stopami. Obróciła się w stronę lasu i odetchnęła głęboko.
To niesamowite, jak działa światło, pomyślała. Kiedy włączysz lampkę w pokoju, albo zapalisz świecę, to światło nie walczy z ciemnością, nie spotyka się z żadnym oporem. Światło po prostu jest. Ciemność nie jest jego przeciwnością – jest jego brakiem. Ciemne miejsca, to takie, w których nie ma światła, ale kiedy się je tam zaniesie, mrok po prostu ustępuje.
Zeszła po kilku niewysokich schodkach z ganku i wyszła przed dom. Ponownie chwyciła swój łuk, ustawiła na nim strzałę i skierowała ją w górę, jakby celowała prosto w niebo. Wystrzeliła jasną, świetlistą strzałę i patrzyła przez chwilę, jak przebija ciemność nocy.
Zamknęła oczy, wzięła głęboki wdech, a kiedy wypuszczała powietrze z płuc, z miejsca, w które poleciała jej strzała, spłynęła z góry zasłona światła o blado różowym odcieniu. Otoczyła całą posesję, która należała do jej rodziny, jak szklana kopuła.
Otworzyła oczy i zauważyła, że nie jest już wcale spięta. Ulga i spokój, jaki teraz odczuwała, były niemal namacalne, jakby przepływała przez nią oczyszczająca woda, która zabrała cały strach.
– Kkaniee? – głos mamy dobiegał z wnętrza domu. – Zamykaj drzwi i zjedz coś przed snem.
Jej mama miała twardy, gorethański akcent. U Kkaniee też dało się go słyszeć, jednak już znacznie delikatniej. W domu porozumiewali się między sobą na przemian w dwóch językach, halldarskim i gorethańskim, tak, by dorastający Kkaniee i Symeon mogli nauczyć się posługiwać nimi bez trudu na co dzień.
Wchodząc do domu, dziewczyna posłusznie zamknęła drzwi za sobą, przekręcając w nim kluczyk, zdjęła buty i boso weszła do niewielkiej kuchni. Kobieta siedziała na drewnianym krześle przy małym stole, którego kwadratowy blat miał może metr w każdym z boków. Siedziała z nogami skrzyżowanymi, również boso, a nawet bez skarpet. Stopy miała pod spodem czarne od kurzu i ziemi, po której chodziła zapewne cały dzień.
Ama Norado miała trzydzieści pięć lat. Kiedy urodziła się Kkaniee, miała zaledwie osiemnaście, czyli prawie tyle, co teraz jej córka a siedem lat później na świat przyszedł Symeon. Do jego trzecich urodzin, mieszkali w Dolinie Goreth, przyzwyczajeni do gorącej, piaszczystej ziemi. Trawiaste polany, miękka, czarna ziemia, a nawet leśna ściółka w Jinshil przypominały ich rodzinie mięciutką gąbkę, albo kołderkę. Nic dziwnego, że bieganie po trawie boso sprawiało im tyle radości, zwłaszcza podczas Adaru.
Mama Kkaniee miała kasztanowe włosy, opadające gęstymi falami na ramiona. Jej oczy były ciemno brązowe, a rzęsy długie i czarne. Choć w równym stopniu, co jej dzieci, odstawała urodą od reszty miasteczka, uważana była za piękną kobietę. Dodatkowo początkowa bariera językowa i odmienne przyzwyczajenia kulturowe sprawiły, że jinshilska społeczność podchodziła do niej z dystansem. Jedyni przyjaciele, jakich teraz miała, to dowódca Jedenastego Oddziału Feher, oraz ciotka Chrisa, u której pracowała.
– Jak było na treningu? – zapytała, odkładając kubek z ciepłym napojem na stolik przed sobą.
Miała na sobie długą, zwiewną spódnicę w czerwone, granatowe i brązowe pionowe pasy, z których każdy miał wyszyty inny wzór. Zawinęła ją sobie między nogami, jak spodnie, by móc swobodnie usiąść na krześle. Codziennie zakładała przynajmniej jedną część gorethańskiego ubioru i mieszała to z resztą „cywilizowanej" halldarskiej mody. Tym razem była to właśnie jedna z jej ulubionych spódnic. Zamiast pasującej do niej oryginalnie białej, zwiewnej, wiązanej z przodu koszuli, miała na sobie szarą, luźną koszulkę.
– W porządku.
Kkaniee usiadła przy stoliku, naprzeciw niej, krzyżując tak samo nogi na krześle.
– Chris jeszcze raz worek zniszczył – dodała po chwili z lekkim uśmiechem, już w języku gorethańskim. – Przebija pięścią je na wskroś, widziałaś kiedyś podobne rzeczy?
Ama pokręciła głową z delikatnym uśmiechem.
– Ten chłopak prawdziwie potężny się staje – odpowiedziała, po czym uniosła kubek do ust. – Widziałam, że przywołałaś pole ochronne.
Kkaniee pokiwała głową, wyglądając przez niewielkie okienko, pod którym siedziały.
– Coś się wydarzyło?
– Nie – odparła szybko, przenosząc uwagę z powrotem na kobietę. Jej dociekliwe spojrzenie szybko nakłoniło ją do refleksji. Nie lubiła martwić innych, zwłaszcza, jeśli nie miała większego powodu, dlatego odruchowo zaprzeczała, bagatelizując problem, dokładnie tak jak teraz. – Pamiętasz tego kruka... co latał za mną w dzieciństwie? – Ama, odstawiła kubek na stolik, dając jej do zrozumienia, że jest całkowicie skupiona. – Od jakiegoś czasu widuję go znowu.
– Wiem.
To zaskoczyło Kkaniee. Nie mówiła jej przecież o tym, nikomu nie mówiła.
– Jak to? Jak?
– Widziałam go w okolicach naszego domu kilka razy.
– Ale... ale przecież...
– Musiał się nauczyć przybierać materialną formę – wyjaśniła. Do tej pory tylko Kkaniee go widywała i zdawało jej się, że nikt inny nie może go zobaczyć. – Będzie próbował nas wystraszyć. Dobrze zrobiłaś, zakładając ochronę.
– Nie wiedziałam, że uminegi mogą się tego nauczyć. Myślałam, że ten rodzaj porusza się tylko po mieliźnie.
– Wszystkie istoty mają możliwość rozwoju – skwitowała, patrząc dziewczynie w oczy. Jej ton był poważny i Kkaniee odczuła, że rozmowa zaraz skręci w zupełnie innym kierunku. – Dlaczego nie powiedziałaś mi wcześniej?
– Nie chciałam cię martwić...
– Kkaniee.
– Nosisz tak wiele na plecach* – wtrąciła się, nim matka zdążyła powiedzieć więcej. – Nie chciałam dokładać ci zmartwień, myślałam, że dam radę sama. Daję radę, mam się świetnie. Nie dopuszczam go zbyt blisko, dam radę was ochronić.
Ama odwróciła wzrok i westchnęła głęboko. Przyłożyła palce do ust, poruszając stopą nerwowo. W końcu obróciła się znowu twarzą do córki, a łokcie oparła na stole.
– Czy wiesz, dlaczego dzisiaj dorośli wojownicy pozostają w domach? – zapytała, patrząc dziewczynie prosto w oczy. – Dlaczego kobiety w Goreth pozostają na miejscu, podczas, gdy ich mężowie idą na wojnę? Myślisz, że są tak słabe, że nie poradziłyby sobie?
Kkaniee wiedziała, że nie. Znała, z resztą, kilka dorosłych kobiet, które wyruszały na wyprawy razem z mężczyznami, kiedy jeszcze mieszkali w Aardananie. Ale teraz wojowników było tak mało, że najczęściej młodsze pokolenie Medalionów wyruszało na misje i treningi, podczas, gdy dorośli pozostawali w swoich domach, miasteczkach, osiedlach, aby ich chronić.
– Wojownicy, którzy zostają w domu nadal są wojownikami. – Mówiła spokojnie, ale widać było po jej twarzy, że czuła się urażona. – Kiedy ty i Symeon wychodzicie do szkoły, ja zostaję tu. W tym domu. W tym mieście. W tym lesie. I bronię ich tak samo, jak ty bronisz swoich przyjaciół na zewnątrz. Rozumiem, że się o mnie martwisz. Wiem, że brakuje ci ojca... – Kkaniee zerknęła na twarz swojej matki tylko na moment i dostrzegła, zbierające się w jej oczach łzy. – Ale ty go nie zastąpisz.
Obie milczały przez chwilę.
– Jeżeli ktokolwiek ma za zadanie ochraniać tą rodzinę – podjęła znowu Ama – to moje zadanie. Ale żebym mogła je dobrze wypełnić, potrzebuję twojego zaufania.
Kkaniee podniosła głowę. Popatrzyła znowu na swoją matkę. Już dawno przestała ją postrzegać jako doskonałego rodzica. Z każdym kolejnym dniem coraz bardziej widziała w niej po prostu człowieka. Czasami zagubionego, czasami popełniającego błędy. Ale płonął w niej ten sam ogień, który Kkaniee czuła w swoim sercu. Widziała go teraz w jej spojrzeniu, które wysyłało niemą wiadomość „bądźmy w tym razem, bądźmy drużyną".
Posłała jej delikatny uśmiech i pokiwała głową. Matka z podobnym wyrazem twarzy skinęła jej w odpowiedzi, jakby kończąc tym gestem rozmowę i wstała, rozplątując spódnicę.
– Zjedz coś, przed snem, mówię poważnie – mruknęła, podchodząc do niewielkich drzwi, umieszczonych ciasno pomiędzy jednymi szafkami kuchennymi, a drugimi.
– Mamo – przypomniało jej się nagle, że miała jej coś jeszcze do powiedzenia. – Jutro idę do pracy na dzień próbny. – Ama popatrzyła na córkę z uśmiechem i kiwnęła głową. – W tej kawiarni, w której rok temu pracowała Nabi.
– Rozumiem. W takim razie poproś Marcelego, aby wybrał się tam z tobą.
Kkaniee wydawało się to trochę przesadzone, by musiała zabierać ze sobą swojego Strażnika, gdziekolwiek się nie wybierała, ale skinęła głową na tą wskazówkę.
– Śpij dobrze, Niee.
Tego właśnie potrzebowała. Dobrego snu przed pierwszym dniem w pracy.
Rzecz jasna z milionem myśli w głowie i ekscytacją pomieszaną ze stresem i zmęczeniem po całym dniu, ciężko jej było chociażby wyciszyć się, aby zasnąć. Po dwóch godzinach męki z własną głową stwierdziła, że nie uda jej się zapaść w sen, ale potrzebowała nabrać fizycznej energii na jutrzejszy dzień.
Nie myśląc wiele, zamknęła oczy i użyła swojego Daru, aby wprowadzić swoje ciało w stan spoczynku. Jej główną umiejętnością było odłączanie niematerialnych części istoty ludzkiej od jej materialnego ciała, zwanego podczas tego procesu skorupą.
Kkaniee patrzyła na samą siebie z góry, unosząc się w powietrzu, pod sufitem. Starała się uspokoić własną duszę, nucąc cicho piosenkę, którą kiedyś nauczyła ją Ama.
W końcu oddech skorupy wyrównał się i znacznie spowolnił. Również jako duch, zaczynała odczuwać znużenie, dlatego powoli i delikatnie ułożyła się z powrotem w ciele. Zasnęła.
Wtedy we śnie zobaczyła swój pokój. Wyglądał tak samo, jak przed momentem, kiedy spoglądała na niego z wymiaru duchowego, ale tym razem stała na podłodze w swoim ciele. Było ciemno i chłodno, chociaż jednocześnie duszno, jakby wokół było mniej tlenu niż normalnie. Czuła, na sobie czyjś wzrok. Obróciła się tak, że stała teraz przodem do jedynego okna, jakie miała w pokoju. Strach ścisnął jej serce, kiedy po drugiej stronie zobaczyła w ciemności twarz, jakby ludzką, ale jednocześnie tak wykrzywioną nienawiścią i wściekłością, że zupełnie nie przypominała człowieka. Trwało to chwilę. Potem wszystko zniknęło i została tylko ciemność, a z niej dobiegł głos, który mówił „Jeśli nie mogę dotknąć ciebie, to zranię twoich przyjaciół".
Obudziła się cała przepocona, oddychając ciężko. Popatrzyła ze swojego łóżka na okno, ale zobaczyła za nim tylko ciemne korony wysokich drzew kołyszących się na wietrze i świecące wysoko na ciemnym, nocnym niebie gwiazdy. Potem zerknęła na różowy kryształ, który nawet do snu, zawieszony miała na szyi. Żadne światło się z niego ni wydobywało. Odetchnęła głęboko i opadła na poduszkę.
*
Chris siedział na miękkiej kanapie w niewielkim jasnym pomieszczeniu umeblowanym, jak gabinet powieściopisarza. A przynajmniej z tym się mu skojarzyła biblioteczka, zajmująca prawie całą ścianę na przeciw wejścia, i stojące przed nią biurko z ciemnego drewna.
Czuł się trochę, jak w salonie u dalekich krewnych od strony matki. Niby przytulnie, ale jednak jakoś dziwnie. Tak, jakby ktoś na siłę, poprzez wystrój chciał wymusić na nim swobodę i otwartość, co wywoływało w nim dokładnie odwrotną reakcję.
Pod swoimi żółtymi, przetartymi trampkami miał szarą wykładzinę, a w powietrzu unosił się słodki, kwiatowy zapach z przebijającą się już ledwo nutą kawy, którą siedzący przed nim lekarz musiał wypić kilka godzin temu.
Okno było lekko uchylone, chyba tylko po to, aby wpuścić do środka trochę świeżego powietrza, bo temperatura na zewnątrz była o tej porze roku znacznie wyższa niż w środku.
Właśnie kończył dopijać herbatkę z nutą miodu i cynamonu, (a przecież właściwie dopiero tam wszedł) przyglądając się z zainteresowaniem biało-czarnemu obrazkowi, wiszącemu nad niewielką komodą przy ścianie, po lewej. Już od dwudziestu minut próbował pozbyć się okropnego poczucia niezrozumiałego dyskomfortu.
Odstawił biały kubek z niebieskimi, ręcznie malowanymi wzorkami na niewysoki, czarny stolik przed sobą i ponownie opadł plecami na oparcie. Młody lekarz o imieniu Allen zapisał ostatnie słowa w swoich notatkach i podniósł spokojne spojrzenie na blondyna. Mógł być z dziesięć lat od niego starszy, nie więcej. Miał ciemne, krótkie włosy, estetycznie zaczesane na bok, lekki, starannie przycięty zarost, jasne oczy o nieco opadniętych powiekach i przemiły uśmiech na ustach. Sprawiał wrażenie kogoś, komu można zaufać. Nic dziwnego, w końcu był psychologiem. Ale poza tym z wyglądu strasznie przypominał mu Milana i ten fakt jedynie drażnił go bardziej pośród tych wszystkich dyskomfortów, które musiał od rana znosić.
Z samego rana obudził się spięty i wystraszony, jakby przyśnił mu się jakiś potworny koszmar. Żadnego z nocnych obrazów nie mógł sobie, jednak, przypomnieć, toteż uznał, że zwyczajnie stresował się swoją nadchodzącą wizytą w Domu Pomocy Mentalnej.
Jakkolwiek przyzwyczajony do szpitali i lekarzy od ciała, tylko kilka razy miał okazję rozmawiać ze specjalistą od głowy i zawsze kończyło to się odnalezieniem jakiegoś straszliwego problemu, na wieść którego dorośli spuszczali głowy i patrzyli na niego z rezygnacją.
Bardzo długo nie chciał nawet przyznać, że coś mogło być z nim nie tak. W końcu wszystko świetnie się układało; rozwijał swój Dar, już dawno nie odczuwał nagłych napadów złości, które miewał za dzieciaka. Poprawiły się jego oceny w szkole, nawet mimo jego problemów ze skupieniem. Miał wspaniałych przyjaciół, ciepły domek, kochającą ciotkę, często widywał się z rodzicami, z którymi odbywał długie, przyjemne rozmowy. Zero powodów do depresji. Ale jego ponure dni trwały ostatnio coraz częściej i coraz dłużej. Zupełnie nic nie chciało mu się wtedy robić - poza spaniem. Popołudniowe drzemki przedłużały się do kilku godzin, czasami wyłączał się podczas rozmów z przyjaciółmi, a jego mózg zdawał się zatrzymywać na moment. Niektórzy to zauważali i pytali, czy wszystko z nim w porządku, czy dobrze się czuje. To było niemal upokarzające, dlatego starał się zawsze dawać siebie wszystko. Uśmiechać, rozśmieszać innych, dużo gadać i wysłuchiwać innych, a potem im pomagać. To pomagało też jemu. Cały czas był zajęty, więc nie miał czasu myśleć o sobie, albo nie myśleć w ogóle. Ciągle musiał coś robić.
I to było męczące.
Poza tym - to już z tych bardziej przyziemnych problemów - było gorąco, szczególnie w mieście. Żar Valkirianu potęgowały betonowe płyty, drogi, metalowe mosty i pociągi, wielkie szklane wieżowce. Zdecydowanie wolałby przechadzać się teraz w cieniu jinshilskich drzew.
– Podsumujmy – odezwał się mężczyzna, odkładając swoje notatki na kolano. – Od pewnego czasu miewasz spadki energii połączone ze zmęczeniem fizycznym.
– Tak jest – przyznał z energicznym kiwnięciem głowy, w ostatniej chwili powstrzymując się, by nie wypalić czegoś w stylu "dokładnie to przed chwilą sam powiedziałem".
– I odczuwasz nieuzasadniony smutek, mimo iż, jak twierdzisz, w twoim życiu wszystko jest w porządku.
– No na pewno nie gorzej niż u innych. – Chłopak wzruszył ramionami.
– Co masz przez to na myśli? – zapytał Allen, przykładając końcówkę długopisu do krawędzi wąskich ust w pełnym skupieniu. Chris podniósł na niego wzrok, którym do tej pory błądził, niespokojnie po każdym napotkanym elemencie wystroju. Nabrał powietrza w płuca i wypuścił je powoli, zakładając obie dłonie na głowę w zamyśleniu. – Uważasz, że inni mają trudniej w życiu? – sprecyzował pytanie.
– Chyba tak. Znaczy nie wiem... – Chris przewiercił się na swoim miejscu, usiłując odnaleźć wygodniejszą pozycję do siedzenia. W końcu pochylił się do przodu i oparł łokcie na kolanach, a swoje dłonie splótł ze sobą, bawiąc się kciukami. – Pewnie jest sporo i takich, którzy mają o wiele przyjemniejsze życie, ale tak mi się zdaje, że o wiele więcej ludzi na świecie ma poważniejsze problemy od moich.
Otóż to! Nawet w tamtym momencie miał paskudne uczucie, że niepotrzebnie zajmuje czas psychologa, który mógłby zamiast tego poświęcić go komuś, kto faktycznie tej pomocy potrzebował.
– No serio. – Prychnął, kręcąc głową, wpatrzony w swoje pokryte jasnymi piegami dłonie. – Aż mi głupio, że tu siedzę.
– Christopher, posłuchaj mnie. – Na słowa lekarza ponownie podniósł ku niemu swój wzrok. – Nawet, gdyby to miała być tylko wizyta kontrolna, na której okazałoby się, że nic strasznego się z tobą nie dzieje, to i tak dobrze zrobiłeś, przychodząc tu. Każdy człowiek przynajmniej raz w życiu powinien porozmawiać z psychologiem. Niestety nie wszyscy mają taką możliwość, a nawet ci, którzy ją mają, wybierają najczęściej, by tego nie robić. Ale wizyta u psychologa, to żaden wstyd. Badanie naszych emocji i psychiki jest równie istotne, co badanie naszych ciał.
Jakiś rodzaj bardzo delikatnej ulgi skapnął na spięte w stresie ramiona osiemnastolatka. Przynajmniej lekarz nie widział w tej wizycie nic złego. I ciotka też. Właściwie, gdyby się nad tym zastanowić, to jedynie Christopher spośród wszystkich, którzy wiedzieli, że miał się wybrać na tę wizytę, uważał ją za stratę czasu. Kkaniee tak się zaangażowała, że kazała do siebie zadzwonić natychmiast po tym, jak się zakończy.
– Jesteś Medalionem – zauważył mężczyzna, wskazując na złotą monetę dyndającą na łańcuszku na szyi Chrisa. Chłopak uśmiechnął się, chwytając wisiorek w dwa palce.
– Tak, już prawie siedem lat – odpowiedział, przenosząc spojrzenie na lekarza. Nie wydawał się uprzedzony tym faktem, nadal uśmiechał się przyjaźnie, a nawet ze swego rodzaju uznaniem.
– Masz jakiś związany z metalem Dar?
– Złota Zbroja – oznajmił, chowając medalion pod koszulkę.
– Niesamowite – powiedział mężczyzna, krzyżując ręce na piersi. - Ja nigdy nie otrzymałem medalionu, chociaż zawsze bardzo tego pragnąłem - powiedział bez żalu, bardziej jakby stwierdzał fakt i już się pogodził ze stratą. Christopher zmarszczył brwi, zastanawiając się, czy to w ogóle możliwe, że mógł nigdy nie natknąć się na medalion, albo nie poznać wcześniej żadnego wojownika, który oddałby mu swój, skoro tak o tym marzył. Jego doświadczenia pokazały, że jest to banalnie proste, wystarczy po prostu poprosić Sprawiedliwego, a odpowiedź na tę prośbę przychodzi niemal natychmiast.
– To wielkie szczęście i zaszczyt móc walczyć po stronie Sprawiedliwego.
– Tak – mruknął ciszej niż poprzednio, trochę zmieszany kierunkiem, w który nagle skręcili w rozmowie.
– Mój starszy brat jest miłosiem – ciągnął mężczyzna, zważywszy zmieszanie nastolatka. Chris uśmiechnął się, słysząc przezwisko, jakim Medaliony określały wojowników z Darem Dotyku. – Nie jest psychologiem z zawodu, ale ma ogromną wiedzę na temat ludzkiej emocjonalności i psychiki. Wielu wojowników korzysta z jego pomocy. Aktualnie wyjechał do Aaraam, szkolić tamtejszych młodych wojowników, ale na pewno jest tu jeszcze ktoś taki w Thornilu.
Christopher skrzywił się na myśl o jedynym miłosiu, jakiego poznał na Obozie Medalionów w zeszłym roku - ciemnoskórym piętnastolatku z oddziału w Santos. Z tego, co wiedział, (a znał jego dowódcę) Zayon nie miał w swoich szeregach żadnego Dotyku. Chyba, że ktoś jeszcze nieśmiale ukrywał się w swojej codzienności i nie zamierzał dołączyć do żadnego oddziału, przecież przynależność do nich nie była obowiązkowa.
W Thornilu sam Zayon podzielony był na cztery filie rozmieszczone w różnych dzielnicach miasta. Ale przecież do stolicy zjeżdżali też ludzie z okolicznych miasteczek i wsi. Christopher i jego przyjaciele byli tego idealnym przykładem; cała czwórka mieszkała w Jinshil i wszyscy uczęszczali do tej samej szkoły specjalistycznej w Thornilu. No i było jeszcze stare pokolenie Medalionów, które opiekowało się swoimi rodzinami, kamienicami, miejscami pracy. Może faktycznie pośród wszystkich tych ludzi krył się jakiś Dotyk.
Doktor Allen wydał z siebie cichy chichot na widok główkującego w milczeniu Chrisa. Na jego twarzy malowały się bardzo wyraźnie wszelkie emocje i całkiem zabawnie wyglądał, kiedy tak przechodził z głębokiej wątpliwości przez szybką analizę do momentu w którym mógłby przyznać mężczyźnie rację, a nawet samemu chcieć zaraz odszukać jakichś informacji na ten temat. Pełna rozbawienia reakcja psychologa jednak wybiła go z toku myślenia i zwróciła ku niemu uwagę Chrisa.
– Chciałem tylko powiedzieć, że jeśli nie lubisz rozmawiać z psychologiem, to masz możliwość znalezienia pomocy w środowisku, które jest ci na pewno bliższe.
– O tak, to serio świetny pomysł! – zgodził się zdecydowanie zbyt szybko i zaraz spróbował zreflektować. – Znaczy, nie żeby z panem mi się źle rozmawiało! To niesamowite, że pana brat jest Medalionem... i w ogóle.
– Tak, mam trzech braci i wszyscy nimi są. Moi rodzice także. – Chris wydał z siebie bezdźwięczne "ał". To musiało być dla niego okropne. Rodzina wojowników i on jeden bez Daru. – Tylko ja zawsze byłem inny.
– A wie pan... – Zwykle nie opowiadał o swojej rodzinie, ale poczuł gdzieś w środku, że Allen mógłby go zrozumieć bez oceniania. A poza tym miał wielką potrzebę sprawić, by ten facet poczuł się choć trochę lepiej nawet za cenę uzewnętrznienia się Chrisa. – Ja też zawsze odstawałem od mojej rodziny. Jakby w drugą stronę, ale faktycznie trochę chyba nigdy nie pasowałem.
– Aha – Allen usiadł wygodniej, przygotowując się do wysłuchania osiemnastolatka. – Opowiadaj, proszę.
– Okej... – Chris poczuł się schwytany jak głupia, naiwna ryba na przynętę. Może i robak był prawdziwy, ale wciąż wisiał na haku. Zganił się za to w głowie, ale skoro już i tak zaczął się otwierać, to mógł równie dobrze kontynuować.
Przecież o to chodzi w rozmowach z psychologiem - tłumaczył sobie w myślach, biorąc głęboki wdech.
– No więc moja rodzina to... ja nie mieszkam teraz z nimi. Jak miałem sześć lat, to zdiagnozowali mi cukrzycę. Rodzina nie była w stanie się mną dłużej zajmować, bo przy okazji jeszcze sprawiałem dużo kłopotów. Jak byłem mały to roznosiła mnie energia i miałem problem z odróżnieniem dobra od zła. No... jak się codziennie patrzy na pijanego ojca, bijących się ze sobą braci i załamaną matkę, to nic dziwnego. Teraz jeden z braci jest w więzieniu, a drugiego ścigają służby porządkowe. – Allen kiwał głową podczas wypowiedzi Chrisa, a czasami wydawał z siebie ciche pomruki, mające świadczyć o tym, że słuchał wszystkiego aktywnie i z zainteresowaniem. – Dlatego ciotka, młodsza siostra ojca przejęła prawa do opieki nade mną. No i tak sobie u niej mieszkam już koło dwunastu lat.
– Musiałeś się daleko przeprowadzić?
– Właściwie to nie, mieszkamy w Jinshil, jakieś trzysta kilometrów od Thornilu.
– A tak, wiem, gdzie to jest. – Lekarz pokiwał głową z miną, jakby przywoływał w myślach obraz wspomnianej miejscowości. – To leśne miasteczko turystyczne.
Christopher mruknął, potwierdzająco i na powrót wbił swój wzrok w dłonie.
– Spotykasz się z nimi czasami?
– Tak! – wypalił pospiesznie. – Odwiedzam ich przynajmniej raz w tygodniu. Nie wiem, jak to będzie teraz w wakacje, ale może ogarnę sobie jakąś pracę sezonową w Thornilu, żeby być bliżej nich.
– Rozumiem.
Doktor Allen zapisał w notatkach kilka słów i znowu popatrzył na chłopaka z uśmiechem.
– Wiesz co, myślę, że to będzie dla ciebie trudne, ale postarajmy się skupić na twoich relacjach z innymi ludźmi i o nich porozmawiać... troszeczkę głębiej, dobrze? Możemy znaleźć tam coś, co pomoże nam odnaleźć źródło twojego zmęczenia i smutku. W porządku?
Rozmawiali tak jeszcze przez chwilę o rodzicach Christophera, stosunkach z braćmi, następnie o tych z ciotką, przyjaciółmi, a w końcu o tym, jak prędko i jak intensywnie przeszedł sezon zwany przez Medaliony oczyszczaniem.
Tematy były trudne i stresujące dla Chrisa, ale, jak stwierdził doktor Allen, wyjątkowo „dzielnie" sobie z tym poradził. Z jednej strony czuł się winny, bo naopowiadał mnóstwo strasznych rzeczy o swojej rodzinie, ale z drugiej strony czuł się odrobinę lżejszy. Poczucie winy, jednak znacznie przeważało, choć psycholog stwierdził, że jest to całkiem normalne, a nawet nieuniknione w jego przypadku.
– Jesteś bardzo zranionym młodym człowiekiem, Christopher – powiedział. – Żeby to zranienie mogło się zagoić, musisz wybaczyć osobom, które zadały ci rany. A żeby to zrobić, najpierw musisz przyznać, że te osoby faktycznie i naprawdę cię zraniły.
To miało sens. Przypomniało mu się, jak w jakimś filmie usłyszał, że żaden świr nigdy nie uważa się za świra. Może on po prostu musiał zaakceptować to, że też był takim świrem... w każdym razie w pewnym sensie. A może właśnie w każdym sensie? W końcu ludzie zawsze na niego dziwnie patrzyli, jakby był z innej planety.
Wyszedł oczywiście z uśmiechem na ustach, podziękowawszy za rozmowę i pomoc. Dostał zadanie, aby przemyśleć tematy, o których rozmawiali, a najlepiej zapisywać to wszystko w jakimś notatniku, bo tak podobno łatwiej uporządkować swoje myśli. Miał też stawić się na kolejną rozmowę w przyszłym miesiącu (podczas Adaru Dom Pomocy Mentalnej był otwarty o połowę dni w tygodniu mniej niż zwykle).
Zamknął za sobą drzwi i rozejrzał się po korytarzu, który był jednocześnie niewielką poczekalnią. Sekretarka, która powinna siedzieć za kontuarem, gdzieś zniknęła. Poza nim, była tam jeszcze jedna osoba, chłopak. Na oko mniej więcej w jego wieku. Był szczupły, miał gęste, roztrzepane włosy w kolorze brudnego brązu. Chrisowi zdawało się, że go kojarzył. Wyglądał na zestresowanego, albo wręcz spanikowanego.
Dobrze, że przyszedł do psychologa – pomyślał, mijając go w drodze do wyjścia. Wtedy usłyszał, że otwierają się drzwi gabinetu, z którego przed chwilą wyszedł.
– Andeviell Winger – odezwał się Allen przemiłym głosem. Winger, odbijało się echem w jego głowie. – Mogę mówić ci Andy?
Chris obrócił się, by zobaczyć, jak Andy Winger, z którym, jak właśnie sobie przypomniał, chodził do tej samej szkoły już od kilku dobrych lat, kiwa głową i wchodzi do gabinetu. Allen zauważył, że Chris im się przygląda, stojąc przed drzwiami wyjściowymi. Posłał mu ostatni ciepły uśmiech i pomachał ręką, zanim zniknął w swoim gabinecie i zamknął za sobą drzwi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz