Oddział Jedenasty
Ciemne pomieszczenie przeciął nagle błysk światła. Na ścianie wyświetlił się biały prostokąt. Po krótkiej chwili jego miejsce zastąpiło zdjęcie czwórki nastolatków, ewidentnie zrobione aparatem w telefonie przez jednego z nich. Wszyscy ściśnięci przez farbowanego blondyna z tyłu i śmiejący się do rozpuku. Na ten widok Kkaniee parsknęła śmiechem.
– Ile lat ma to zdjęcie? – zapytała nadal rozbawiona, przenosząc spojrzenie na chłopaka, który aktualnie zajmował się przygotowywaniem laptopa do wyświetlania filmu. Spod gęstych, czarnych włosów wyłoniła się para błękitnych oczu, które zerknęły w jej stronę.
Luke zwykle nie okazywał zbyt wielu emocji, również teraz, kiedy patrzył na iście komicznie wykrzywione twarze przyjaciół i swoją własną. Nie było to dla niego coś naturalnego i przychodziło z wielkim trudem, zwłaszcza po dwóch godzinach intensywnego treningu. Poza tym patrzył na tę fotografię przynajmniej trzy razy dziennie już od jakiegoś czasu, ponieważ tego laptopa używał do zajęć szkolnych. Zdążył przywyknąć do widoku głupiej miny Chrisa, zanadto wyeksponowanego podniebienia śmiejącej się Kkaniee, swojej własnej trochę przestraszonej miny i zniekształconych przez kąt nachylenia aparatu policzków Nabi. Brak entuzjazmu z powodu zdjęcia, jednak nie przeszkadzał jego przyjaciółce i ani trochę jej nie zraził, z resztą wcale tego nie oczekiwał. Znali się już dosyć długo, by mogła dostrzec błyskające w jego oczach iskierki rozbawienia, nawet w otaczającym ich półmroku.
– Nie jest takie stare – mruknął w odpowiedzi, wzruszając ramionami i wrócił do obsługi komputera. – Półtora roku? – Dziewczyna patrzyła jeszcze przez chwilę z uśmiechem na wyświetlane na ścianie zdjęcie, które, jak się właśnie okazało, stanowiło tło ekranu jej przyjaciela. Miała wrażenie, że zrobili je całą dekadę temu, kiedy w rzeczywistości minęło kilkanaście miesięcy. Tyle się wydarzyło od tamtego czasu... W ciągu ostatniego roku wszystko to, co do tej pory sypało się poza zasięgiem ich wzroku, teraz stawało się widoczne. Mimo wszystko, nadal nie do końca rozumieli, co dokładnie stanowiło problem.
Przez tą myśl jej uśmiech nieco zmalał. Przestała się wpatrywać w rozświetloną ścianę, kiedy chłopak kliknął w jeden z folderów, a ten po chwili wypełnił cały pulpit, przysłaniając zdjęcie. Ustawiła, więc rzutnik w taki sposób, aby obraz na ścianie wyświetlany był w miarę równo i cofnęła się, by usiąść obok Luka, na rozłożonych wcześniej kocach i poduszkach pośrodku podłogi.
Nadal miała w głowie zdjęcie roześmianych nastolatków. Chociaż zrobili to zdjęcie zaledwie półtora roku temu, zachowywali się, czuli i myśleli wtedy wciąż jeszcze, jak dzieci. Coraz częściej boleśnie odczuwała, że tamte dni beztroski przeminęły bezpowrotnie. Jeszcze kilka lat temu życie było przygodą pełną radości, śmiechu, zabawy... czasami dziwnych kłopotów, z których cudem wychodzili bez szwanku. Wtedy wszystko było możliwe; Dary czyniły z nich superbohaterów, a ich czwórka była dla mroku świata nietykalna. Kkaniee, Chris, Luke i Nabi – wszyscy pełni ekscytacji wkroczyli do nowej rzeczywistości.
Zaczęło się to, kiedy Kkaniee Norado wprowadziła się do starego domu w miasteczku Jinshil.
Miała wtedy dziesięć lat. Wyglądała inaczej, niż wszystkie dzieci – miała od nich ciemniejszą skórę, brązowe, proste włosy, długie do pasa i oczy o tak ciemnym odcieniu brązu, że niemal nie sposób było odróżnić ich źrenice od tęczówek. Była dziwna, często przesiadywała sama, nawet kiedy na placu zabaw biegała chmara dzieci. Wydawała się być smutna i przestraszona. Jej strach, jednak, nie zdawał się mieć swojego źródła w nowym otoczeniu, obcym języku, którego używali wszyscy wokoło, ani w zachowaniu ludzi. Wydawało się, jakby widziała więcej niż inne dzieci... niż inni ludzie. Czasami wpatrywała się w miejsca, w których nie było nic, daleko w przestrzeń, albo odganiała od siebie swoją małą dłonią... no właśnie, co?
Tego musiał się dowiedzieć pewien chłopiec. Spośród wszystkich dzieci na placu zabaw był najwyższy i zdawał się budzić wśród nich jedno z dwóch uczuć; postrach lub podziw. Miał gęste, czarne włosy ścięte na jeża, zadarty nos, bladą twarz usypaną piegami i żółte oczy. Przyglądał się Kkaniee z drugiego końca placu zabaw z trójką kolegów przy boku. Z łobuzerskim uśmieszkiem podszedł do dziewczynki, machającej ręką wokół twarzy i uszu, jakby odganiała niewidzialne, natrętne muchy.
– Co jest, mała? – zaśmiał się wrednie, krzyżując ręce na piersi i zerkając na nią z góry, jakby chciał jej pokazać, kto rządził na placu zabaw w Jinshil. – Masz problem ze zmyślonym przyjacielem?
Dziewczynka znieruchomiała na moment. Koledzy chłopca porzucili swoje dotychczasowe zajęcia i zaczęli przypatrywać się tej dwójce z ciekawością. Byli przekonani, że za moment mała dziewczynka ucieknie z płaczem i znowu będą mieli z czego się śmiać.
Cień Chrisa przykrył ją całą i kiedy podniosła swój wzrok na jego twarz, jej oczy błysnęły jasnym światłem, jak dwie małe latarki. To zaskoczyło go na tyle, że tym razem sam znieruchomiał. Dziewczynka, natomiast, zobaczyła wokół niego blask, nie tylko słońca, które jej przysłaniał, ale też jakiś inny, większy, cieplejszy. Sama nie wiedziała, co to mogło znaczyć, ale czuła gdzieś w sercu, że ten chłopiec będzie jej bliski.
Patrząc mu prosto w oczy, wstała z ławki, na której siedziała. Jej mina nie wskazywała już na strach, ale ulgę i jakiś dziwny zachwyt. Z uśmiechem, powoli malującym się na jej ustach, szepnęła coś w języku dla chłopca nieznanym, po czym objęła go w pasie i przytuliła tak mocno, jakby znali się od zawsze i widzieli po raz pierwszy po długiej rozłące.
Przez chwilę Chris nie wiedział, gdzie się znajdował i co się właściwie działo. Dziwne zagubienie, spowodowane jej nieoczekiwanym zachowaniem przysłoniła nagła fala ciepła, spokoju i radości. Zalała nie tylko jego serce, ale jego całego, od stóp po czubek głowy. Jakby cały świat wokół przestał istnieć i liczyło się tylko to uczucie. To była miłość. Niewyobrażalnie wielka miłość, która skruszyła tak bardzo poranione serce łobuza.
Nigdy przedtem nie doświadczył czegoś podobnego. Żaden z jego opiekunów nigdy nie okazywał mu miłości w taki sposób. Nikt go nigdy nie przytulał, nie cieszył się na jego widok, a już na pewno nie po tym, jak się z tego kogoś wyśmiewał.
Christopher Lee, tak jak Kkaniee, przeprowadził się do Jinshil, jednak cztery lata wcześniej niż ona. Miał sześć lat, kiedy zdiagnozowano u niego cukrzycę. Rodzice nie byli w stanie opłacać jego leczenia, ani nawet szkoły, do której wkrótce miał zacząć uczęszczać, dlatego siostra ojca, ciotka Sora przejęła prawo do opieki nad nim. Wszystko działo się za zgodą obydwu stron i on też zdawał sobie sprawę, że tak musiało być. Wciąż, jednak był dzieckiem i bardzo mocno przeżył rozstanie z rodzicami. Zwłaszcza, że zawsze miał ogromne poczucie odpowiedzialności za ich dwoje.
Jego ojciec nie radził sobie finansowo. W alkoholizm popadł na długo przed jego urodzeniem, jednak wkrótce po tym zmarł dziadek od strony matki, który mieszkał z nimi, odkąd tych dwoje się pobrało. Dwóch starszych braci Chrisa bez przerwy pakowało się w kłopoty, aż w końcu jeden z nich trafił do więzienia, a drugi uciekł z domu, wplątany w brudne interesy. To wszystko doprowadziło jego matkę do poważnej depresji, z którą zmagała się do dnia dzisiejszego.
Chrisa i Kkaniee różniło wiele, od wyglądu, przez charakter, po język, którym mówili. Jedna wspólna rzecz połączyła ich już na zawsze i była nią miłość. Nie taka, jaką czuje dwoje dorosłych ludzi, nie romantyczna. Nie było to również przywiązanie, ani nawet przyjaźń, bo w końcu nie znali się jeszcze wtedy wcale. Była to miłość, która daje życie, przenika i przemienia wszystkie istoty, która tworzy i sama żyje. Była to Miłość.
Kkaniee miała ją w sobie od dnia, w którym przejęła medalion po swoim ojcu. Biały kryształ zmienił kolor na blady róż od razu, kiedy założyła go na szyję. Była gotowa na przejęcie medalionu od urodzenia, odkąd jej matka po raz pierwszy zaśpiewała jej pieśń Sprawiedliwego.
Jej rodzice byli Wojownikami Królestwa Sprawiedliwego, jak większość mieszkańców Doliny Goreth. Jej ojciec miał Dar Ducha i kiedy Kkaniee także została nim obdarowana, to on miał być jej nauczycielem. On miał nauczyć ją wszystkiego.
Laoron Norado nie był, jednak zwykłym wojownikiem. Był dowódcą pierwszego na świecie oddziału ludzkich wojsk Sprawiedliwego – Hotari 1, jednocześnie będąc przywódcą wszystkich mieszkańców Doliny Goreth. To czyniło z Kkaniee pierworodną następczynię wszystkich jego tytułów. Kiedy okazało się, że otrzymała ten sam Dar, to było jak znak od samego Sprawiedliwego, jakoby to ona miała przejąć władzę i poprowadzić cały naród do wolności, dobrobytu i pokoju.
Niestety nie tylko ludzie potrafią odczytywać znaki Sprawiedliwego. Pół roku po przejęciu przez Kkaniee medalionu, w krainie Aardanan, zwanej niechlubnie Dzikimi Krajami, wybuchła wojna. Nie był to zwykły konflikt zbrojny dwóch państw. To była apokalipsa Aardananu. Nikt poza atakowanymi miastami-państwami nie wiedział, co było celem wojny, ani kto atakował. Z tego i innych równie absurdalnych powodów żadne z sąsiadujących państw nie wysłało wojska. Za to z pomocą przybyła większość oddziałów Medalionów z sąsiadujących krajów. Niestety to nie wystarczyło.
Medaliony poległy w wojnie przeciwko nieznanemu wrogu, razem z tysiącami niewinnych i bezbronnych ludzi, mieszkańców miast i wiosek, mężczyzn, kobiet i dzieci.
Zanim do tego doszło, Kkaniee z matką i młodszym bratem zostali przeniesieni do Halldaru. Pomogli im w tym Strażnicy Kkaniee i jej matki. Strażnicy, czyli istoty światła, zwane popularnie umiloa. Laoron Norado poległ wraz ze swoim oddziałem i wieloma innymi, które tamtego dnia przestały istnieć.
Kkaniee straciła nie tylko ojca. Straciła mentora, nauczyciela, jedyną osobę, która znała się na jej Darze i potrafiła się nim posługiwać, ponieważ Dar Ducha był wśród Medalionów niezwykle rzadki. Razem z nim straciła też swój naród.
Miała prawie dziesięć lat, kiedy pojawiła się w Jinshil. Nie potrafiła kontrolować swojego Daru i nie miała nikogo, kto mógłby ją tego nauczyć. Mama starała się, jak mogła, ale choć bardzo kochała swojego męża i świetnie go znała, nie była w stanie przekazać jej wszystkiego. Właściwie na początku nie wiedziała nawet, od czego i jak zacząć.
Kkaniee miewała koszmary, nie potrafiła zamknąć oczu ducha; umiejętności widzenia sfery duchowej. Poza tym, że była Medalionem, wciąż była dzieckiem. Dla istot ciemności – uminegi – stanowiła łatwy cel. Nękały ją bez przerwy, kiedy tylko zostawała bez opieki matki, która mogła ją od nich uchronić.
Jej Dar był wyjątkowy, bardzo rzadki. Niewielu wojowników go otrzymywało. Ostatnim i jedynym, jakiego znała był jej ojciec. Duch był nie tylko potężnym Darem, ale także niebezpiecznym. Otrzymywali go tylko wojownicy, którzy byli w stanie unieść jego ciężar. Jedną z wielu umiejętności, które ze sobą niósł, było wpływanie na duchy innych ludzi. Kiedy przytuliła Chrisa wtedy, na placu zabaw, nie zdawała sobie z tego sprawy, ale otworzyła jego ducha na wszystko, cokolwiek się wtedy działo z nią samą. I dokładnie w tamtym momencie Duch Sprawiedliwego przeniknął ich dwoje.
– To była obietnica – tłumaczyła mama Kkaniee. – To, co oboje poczuliście, to Sprawiedliwy, który mówi: „nigdy was nie zostawię, ponieważ was kocham".
O tyle, o ile Christopher polubił bycie kochanym, nie miał zielonego pojęcia, czym, a właściwie, kim był ten cały Sprawiedliwy i czego mógł od niego chcieć za tę miłość.
*
Naciągnęła mocniej rękawy szarej bluzy, tak by zakrywały jej knykcie i owinęła ręce wokół zgiętych przy piersi kolan.
Teraz sobie przypominała. Zrobili to zdjęcie zaraz po pierwszym wspólnym treningu w Stodole. Od pięciu lat Kkaniee i Chris trenowali tam swoje umiejętności pod okiem dwojga starszych wojowników, ale dopiero półtora roku temu cała czwórka miała za sobą przyjęcie medalionu. Tylko Nabi jeszcze nie otrzymała swojego Daru. Ze względu na nią ich trener (chociaż właściwie powinni nazywać go dowódcą oddziału) dość długo odkładał rozwijanie Darów i zamiast tego prowadził z nimi pogadanki o historii Medalionów, o rzeczywistości duchowej, a kiedy przychodziła pora na ćwiczenia fizyczne, skupiali się głównie na podstawach samoobrony. Nie było w tym nic nadzwyczajnego, ani ponadnaturalnego. Pompki, brzuszki, przebieżki wokół jeziora i ćwiczenia w parach - wtedy dowódca zazwyczaj stawał z Chrisem, bo chłopak był najwyższy, a jego Dar wypełniał go nadludzką siłą. Dowódca na imię miał Milan. Był dorosłym choć nadal młodym mężczyzną, w pełni panującym nad swoimi umiejętnościami i tylko z nim Chris mógłby się czegokolwiek nauczyć, nie robiąc przy tym nikomu krzywdy.
W końcu musieli jednak zacząć pracę nad Darami. Christopher i Kkaniee potrafili już znacznie więcej niż pozostała dwójka, więc Milan pozwalał im rozwijać je samodzielnie i skupiał się głównie na Darze Luka. Nabi na początku przychodziła, zafascynowana nadzwyczajnymi umiejętnościami swoich przyjaciół i pod opieką matki Kkaniee próbowała odkryć własne.
Luke radził sobie coraz lepiej szybko się uczył i zmieniał, nie tylko fizycznie. To prawda, stawał się wyższy i silniejszy, coraz rzadziej chybiał celu, strzelając z własnej kuszy, którą formował, wydawało się z czystego światła siłą umysłu. Jednak jeszcze wyraźniej niż te fizyczne zmiany, widać było w nim przemianę myślenia, charakteru, a nad to wszystko przemianę serca. Jeszcze pięć lat temu nie był w stanie odezwać się słowem do sprzedawcy w sklepie, a w szkole rozmawiał tylko z nauczycielami i też jedynie dlatego, że nie miał większego wyboru. Teraz Luke odwzajemnia ciepłe miśkowe przytulasy Chrisa, potrafi się nawet od czasu do czasu głośno zaśmiać (w ciągu ostatniego półrocza doliczyli się już trzech razy!) i zdecydowanie częściej się uśmiecha. Nie miewa większych problemów podczas rozmowy z ludźmi, bo nauczył się ich kochać.
Jeśli chodzi o Nabi... mijały dni, tygodnie, miesiące, a Dar się nie pojawiał. Schowała swój medalion do szkatułki, którą wsunęła głęboko do szafy i odmawiała noszenia go, przekonana, że gdyby tak robiła, to prędzej, czy później by go zgubiła. Milan i mama Kkaniee zawsze powtarzali, że Dar bierze się z wnętrza wojownika, z jego ducha i tam też mieszka, więc teoretycznie nie potrzebowała medalionu przy sobie, by uwolnić jego moc. A jednak to się nie działo.
Przestała przychodzić na treningi, pojawiała się tylko czasami, kiedy cały oddział planował wspólny odpoczynek, albo jakąś zabawę. Tak, jak tego dnia.
– Myślisz, że przyjdzie? – zagadnęła Kkaniee. Milan kończył sprzątanie głównej sali treningowej, ich dwójka miała przygotować salę konferencyjną do oglądania filmu, a Chris wybrał się do sklepu na swojej deskorolce po jakieś przekąski. Już tydzień temu zaplanowali wieczór filmowy po treningu i zaprosili również Nabi. Na wiadomość tekstową odpisała, że jeszcze da znać, czy się wyrobi. Tydzień temu również zakończył się sezon szkolny i od tamtego czasu żaden z trójki młodych wojowników nie spotkał się z nią, ani nie kontaktował w żaden sposób. Na treningu się nie pojawiła, jak z resztą przez ostatnie trzy miesiące. Wciąż jednak mieli nadzieję, że przyjdzie spędzić z nimi czas... tak po prostu.
Na pytanie Kkaniee Luke oderwał na moment wzrok od ekranu komputera. Natychmiast załapał, co, a raczej kogo miała na myśli.
– Nie wiem. Ty ostatnia się z nią widziałaś. – Luka znacznie więcej łączyło z Chrisem, ale martwił się o Nabi w równym stopniu, co Kkaniee. Obydwoje potrafili otwierać oczy ducha, co poza widzeniem sfery duchowej pozwalało im na analizę stanu emocjonalnego i psychicznego innych ludzi. Niestety tak często, jak spoglądali na Nabi przy pomocy swoich Darów, nie dostrzegali nic. To wbrew pozorom wcale nie świadczyło, że wszystko było z nią w porządku. Jeżeli człowiek zachowuje się alarmująco i wszyscy wokół widzą, że coś jest nie tak, jego dusza powinna kryć w sobie odpowiedź, albo przynajmniej wskazówkę, dlaczego tak się dzieje. Nabi zdawała się być pusta. Na Hallitarze działo się wiele dziwnych rzeczy, niespotykanych nigdzie indziej we wszechświecie, jednak zjawisko pustego człowieka nie należało do jednej z nich. Coś takiego nie powinno istnieć, a to mogło oznaczać jedynie jakiegoś rodzaju zasłonę, przez którą ani Sokole Oko Luka ani Duch Kkaniee nie mogły się przebić.
Dwójka nastolatków zamilkła ponownie. Luke powrócił do szukania filmu, o który prosił Milan, a Kkaniee do martwienia się. Bardzo często i bardzo mocno martwiła się o swoich najbliższych, chociaż wiedziała, że żadne myślenie, choćby poświęcała temu nieskończenie wiele czasu nic nigdy nie zmieni. Dlatego poza myśleniem również z całych sił starała się zawsze pomagać, naprawiać, walczyć i bronić. Była w końcu Wojownikiem Królestwa Sprawiedliwego, takie były jej zadania.
W pewnym momencie w drugim pomieszczeniu rozbrzmiał donośny głos młodego chłopaka. Nie dałoby się go pomylić z nikim innym – Christopher Lee chociaż miał naturalnie dosyć niski głos, zazwyczaj brzmiał, jasno, nieco skrzekliwie i nosowo, a przez to, że mówienie normalnym tonem, bez krzyku graniczyło u niego z cudem i nie wzbraniał się przed wszelkimi okrzykami czy to radości, czy gniewu, miewał również lekką chrypkę.
Teraz ton jego głosu dochodzącego zza drzwi wskazywał na to, że z kimś się przekomarzał po swojemu, a może nawet kłócił (nigdy nie było do końca wiadomo, gdzie kończą się jego żarty, a zaczyna faktyczny konflikt). Słychać go było tuż pod drzwiami dłuższą chwilę i Kkaniee zaczynała już zastanawiać się, dlaczego nie wejdzie w końcu do środka, kiedy do jej uszu dotarł inny głos, delikatny i melodyjny, nawet kiedy odpowiadała z podobnym zaangażowaniem i emocjami.
Nabi! Jednak przyszła – pomyślała Kkaniee, uśmiechając się do zamkniętych drzwi.
Chris uwielbiał ją drażnić i wyprowadzać z równowagi, zwłaszcza, że ona potrafiła mu odwarknąć, jak nikt inny. Z jakiegoś powodu rozumiała jego dziwne poczucie humoru, a on wiedział, kiedy obrażała się naprawdę, a kiedy tylko grała. A jednak to nie oznaczało, że potrafił przewidzieć konsekwencje tych ich przekomarzanek.
Drzwi otworzyły się z impetem i do środka weszła tyłem nastolatka o kasztanowych, prostych włosach ściętych równo na wysokości łopatek. Za nią wszedł przewyższający ją prawie o dwie głowy chłopak o jasnej twarzy, obsypanej piegami, żółtych oczach i farbowanych na złocisty blond włosach, których końcówki wpadały mu co chwila do oczu.
Oboje trzymali w rękach paczki przekąsek i butelki z napojami gazowanymi, prowadząc przy tym zaciętą... rozmowę, kłótnię, czy jakkolwiek sami by to nazwali.
– ... powodzenia w poszukiwaniach choćby jednej, która z tobą wytrzyma! – To były ostatnie słowa, które wypowiedziała Nabi do Chrisa, na co ten wydał z siebie głośne „ha!", udając przesadne samozadowolenie.
– Kochana! – Przestąpił z nogi na nogę i odrzucił ruchem głowy swoje splątane wiatrem, jasne włosy (których ciemne odrosty, przy okazji, miały już ze trzy centymetry). – Ja mam ich setki – dokończył po chwili z miną docelowo zapewne flirciarską, choć w jego wykonaniu wyszło to raczej komicznie i głupawo. Nabi przez chwilę milczała, przyglądając się jego przymrużonym oczom i przygryzionej (absolutnie nie pociągająco) wardze. Minę miała, jakby oglądała filmik o wyciskaniu największego pryszcza na świecie. Chris był albo zadowolony z efektu obrzydzenia, jaki osiągnął, albo w ogóle tego nie zrozumiał, bo po chwili zaczął jeszcze poruszać brwiami, na co dziewczyna jęknęła zdegustowana, odwracając się do reszty przyjaciół.
– Nabi! – zawołała Kkanie, podnosząc się z koców. Podeszła do nich z wielkim uśmiechem na ustach, a Luke w ślad za nią, choć z wyraźnie mniejszym entuzjazmem. – Jesteś!
– No jestem – odparła z uśmiechem nieco mniejszym, niż jej przyjaciółka. – Już dawno mnie tu nie było... – dodała ze słyszalnym poczuciem winy w głosie. Popatrzyła na Luka, który właśnie wsuwał dłonie do kieszeni czarnych spodni ze spojrzeniem również na niej zawieszonym. Z Darem, czy bez, ten chłopak zawsze przyglądał się ludziom intensywnie, co potrafiło czasem wpędzić w zakłopotanie. Szczególnie, że jego ciemne, nisko osadzone brwi i opadnięte nieco powieki w połączeniu z kamienną powagą dawały dość zastraszający efekt. Na szczęście Nabi znała go prawie tak dobrze, jak Kkaniee i dostrzegła jego lekkie uniesienie kącików ust na przywitanie. Odpowiedziała mu równie subtelnie.
W tym samym momencie za plecami Chrisa dosłownie zmaterializował się Milan. Dosłownie, bo jego główną umiejętnością było rozszczepienie atomowe materii, czyli generalnie rzecz biorąc... rozsypywanie się do postaci prochu.
Mężczyzna miał niewiele ponad trzydzieści lat, choć na pierwszy rzut oka zdawał się być młodszy. Wrażenie to z pewnością byłoby silniejsze, gdyby nie lekki, starannie przycięty zarost. Był względnie wysoki, chociaż do metra dziewięćdziesięciu Chrisa nadal brakowało mu blisko dziesięciu centymetrów. Miał krótkie włosy, ścięte równie precyzyjnie, co bródka. Ich ciemny kolor mocno kontrastował z jasno szarymi oczyma, spoglądającymi uważnie spod gęstych brwi.
– Setki czego ma Christopher? – odezwał się na tyle niespodziewanie, by wspomniany przez niego nastolatek podskoczył, wystraszony, wyrzucając z długich rąk wszystkie paczki, jakie przyniósł ze sklepu. Ostatecznie udało mu się złapać jedynie litrową butelkę cytrynowego soku musującego, ale reszta legła na podłogę z wysokości półtora metra z nieprzyjemnym dźwiękiem kruszonej, chrupkiej zawartości.
– Jedyne, co Chris może liczyć w setkach, to jednostki cukru we krwi, trenerze – odparła Nabi, odwracając się przodem do mężczyzny. Chris rzucił jej przesadnie zszokowane i jednocześnie pełne urazy spojrzenie z góry, co poskutkowało ujawnieniem się pod jego brodą dwóch dodatkowych podbródków.
– Szkoda – mruknął w odpowiedzi Milan i przeniósł spojrzenie na najwyższego w grupie. – Miałem nadzieję, że mowa była o pieniądzach, za które Christopher mógłby odkupić worek treningowy, który zniszczył – powiedział to z absolutną powagą i nutą dezaprobaty, po czym dodał, patrząc mu prosto w oczy: – Znowu.
Chłopak wydawał się skurczyć pod jego spojrzeniem i przycisnął trzymaną w rękach butelkę mocniej do piersi, jakby ta miała go ochronić przed gniewem dowódcy.
– No co ty, szefie – jęknął, jak małe dziecko, próbując brzmieć słodko i niewinnie. Chris nigdy nie zachowywał się ani słodko ani niewinnie. Nigdy, kiedy próbował taki efekt osiągnąć. – Przecież jestem tylko biednym, nastolatkiem...
– Nie, Chris... – Milan zmarszczył brwi, posyłając mu kolejne karcące spojrzenie, pod którym chłopak skrzywił się po raz kolejny, jakby zadawało mu to fizyczny ból. – Jesteś nastolatkiem, który pięścią przebija worki treningowe na wylot. W ogóle, jak to jest fizycznie możliwe? Nie, wiesz co, nie chcę wiedzieć... – Mężczyzna machnął ręką, dając tym gestem do zrozumienia, iż temat został zakończony. Podszedł bliżej Nabi i na powitanie objął ją tym samym ramieniem w szybkim uścisku. Gdyby nie miała w rękach zakupów, pewnie zrobiłaby tak samo, ale teraz jedynie uśmiechnęła się do niego i pozwoliła się przytulić.
– Dobrze cię widzieć – powiedział, posyłając jej delikatny uśmiech, po czym zabrał od niej część zakupów i razem przenieśli je na rozłożone pośrodku pomieszczenia koce. Kkaniee z Lukiem pozbierali rozrzucone paczki chrupek z podłogi i zanieśli je w to samo miejsce.
Zwykle na takie wieczory przychodziło jeszcze młodsze rodzeństwo Kkaniee i Nabi, (jeśli ona sama się pojawiała). Tym razem, jednak film, który przygotował dla nich Milan był dla nich rzekomo nieodpowiedni. Co to mogło znaczyć, mieli się dopiero dowiedzieć, chociaż Luke, który przygotowywał film do odtworzenia powoli się domyślał.
– Dzisiejszy seans będzie jednocześnie formą relaksu i nauki. – Stał dokładnie po środku rzucanego na ścianę ekranu, wyprostowany i z rękoma splecionymi za plecami.
Milan Feher zawsze wyglądał i zachowywał się, jak lider, przywódca, zawsze był przykładem, cokolwiek robił. Nie ważne, że w jego oddziale było tylko czterech wojowników, (z czego troje to nastolatki i jedna samotna matka) dwoje dzieci, które jeszcze nawet nie przyjęły medalionów, o Darach nie wspominając... oraz Nabi z jej absolutnym brakiem wszystkiego, przez chęci na umiejętnościach kończąc. Dla Milana liczył się fakt, że jego oddział mógł w ogóle istnieć. Ta garstka dzieciaków nie tylko zastępowała mu rodzinę, ale dawała nadzieję na nowe, lepsze dni.
Siedem lat temu podczas wojny w Dzikich Krajach razem z Pierwszym Korpusem Hotari, zginął cały Korpus Jedenasty Feher. Oddział wojowników, stacjonujący tu, w Jinshil. Przodkowie Milana dowodzili nim od wieków; jego ojciec, dziadek, pradziadek i tak dalej aż do założyciela. Pierwotnie korpus ten był jedynie filią Oddziału Dziesiątego Zayon, stacjonującego w Thornilu, jednak w końcu stał się niezależną i oddzielną formacją. Jedenasty był niegdyś ogromną społecznością wojowników, łączącą całe rodziny. Wielu mieszkańców Jinshil do niej należało. Kiedy w Aardananie wybuchła wojna, Feher (jak wiele innych korpusów z całego świata) wyruszył z pomocą. Zginęli wszyscy, oprócz Milana, który w tamtym czasie miał dwadzieścia pięć lat.
– Niektórzy z was... Kkaniee i Luke doświadczyli już niejednokrotnie siły zła. – Ciężko było mu o tym mówić. Nawet, jeśli nie wchodził w szczegóły zdarzeń sprzed siedmiu lat. – Obejrzymy dzisiaj dokument. Niestety... chociaż może to lepiej... Tak jak nikt nigdy nie uchwycił na zdjęciu czy nagraniu istot duchowych; Serafów, Tarachitów, Rodziny Królewskiej, tak też nie udało się tego zrobić w przypadku Gobu i Bestii. Istnieją natomiast o nich legendy i mity. – Urwał na moment, zawiesiwszy spojrzenie na Kkaniee. Wiedziała, co zamierzał powiedzieć i nie miała mu tego za złe. Wręcz przeciwnie, chciała, aby to zrobił. Chciała, aby wszyscy wiedzieli, z czym tak naprawdę walczą Medaliony. Chciała, aby nie tylko znali prawdę, ale poczuli ją całym sercem, bo tylko wtedy będą mogli z całego serca walczyć.
– Siedem lat temu Kkaniee straciła ojca. Ja także. – Przełknął ślinę, jak gdyby to miało mu pomóc stłumić smutek. – Oddziały Hotari i Feher poległy niemal w całości, podobnie jak wiele innych korpusów, które przybyły wtedy do Aardananu z pomocą. Dzisiaj jesteśmy tutaj w piątkę – powiedział, wskazując palcem w podłogę, ale wszyscy wiedzieli, że miał na myśli całe miasteczko – i chcę, żebyście zdawali sobie sprawę, dlaczego tak jest.
Luke włączył film o nazwie „Początek Końca - 1368r.". Milan usiadł na krześle, pod ścianą, reszta rozłożyła się na kocach i poduszkach na środku.
Na początku w filmie ukazane były miejsca w Aardananie przed wojną. Lektor opowiadał o życiu ludzi, ich kulturze, strukturach społecznych, codziennych zajęciach przedstawicieli wybranych rejonów. Potem pokazane zostały obrazy spustoszonych miast i wsi zrównanych z ziemią. Wyschnięte rzeki i uschnięte sady, które wcześniej istniały tylko dlatego, że dbali o nie wojownicy z Darem Tsunami, kontroli wody. Prace nad usuwaniem drzew i pnączy, wyrastających z ludzkich ciał.
Kkaniee widziała już te obrazy, słyszała opowieści, o tym, co się tam wydarzyło. Jeśli było coś, czego nikt nie chciał jej powiedzieć, zobaczyła to we własnych snach, tak, jakby sama tam była. Prawdopodobnie działo się to przez jej Dar. Do teraz miewa sny, które mają znacznie więcej związku z rzeczywistością niż to normalnie bywa, jednak tamte były dla niej wyjątkowo trudne do przyjęcia i przeżycia. Bo przecież nie były zwykłymi snami.
Mimo wszystko teraz poczuła w piersi ból, niemal fizyczny. Pamiętała tamto życie. Pod gorącym blaskiem Valkirianu*, wiecznie ubrudzone ubrania, szyte przez jej babcię. Jej przyjaciół, z którymi spędzała całe popołudnia i wieczory. Pamiętała obchody Nowego Roku Świetlnego i Święta Nowej Nadziei w gronie rodziny i razem jako naród. Pamiętała swojego tatę.
Po jej policzkach popłynęły łzy. Wszyscy w pomieszczeniu odczuli dziwny, emocjonalny ból, podobny do smutku. Normalnie nikt by na to nie zwrócił uwagi, bo przecież oglądali poważny film o tragedii, która na prawdę się wydarzyła. A jednak wszyscy w tym samym momencie zwrócili swój wzrok w stronę Kkaniee, jakby coś ich do niej ciągnęło, niczym magnes.
Nabi chwyciła jej dłoń i ścisnęła pewnie, ale nie zbyt mocno. Dziewczyna popatrzyła na nią i wytarła policzki pospiesznie.
– Przepraszam – powiedziała, zerkając po wszystkich, bo zorientowała się, że przez nią oderwali się od filmu.
Chris, który siedział obok niej przysunął się jeszcze bliżej i chwycił jej drugą dłoń w swoją.
Z czasem i kolejnymi informacjami podawanymi przez świadków naocznych tamtych wydarzeń, Chris stawał się coraz mniej rozluźniony. Jedną ręką dodawał otuchy swojej przyjaciółce, ale drugą już trzymał Luka za rękaw jego niebieskiej bluzy, żeby wziąć sobie od niego trochę podobnej otuchy. Luke na to jedynie pokręcił głową, ale nie zamierzał go odtrącać.
Świadkowie i lektor dokumentu opisywali teraz ostatnią bitwę. Toczyła się o Yereh, ośrodek podobny do Stodoły, w którym tamtejsi wojownicy zbierali się co kilka dni, trenowali, rozmawiali i żyli. W przeciwieństwie do zielonego Nordhalu, Aardanan w większości pokrywały pustkowia i pustynie. Życie do tej pory kręci się tam wokół państw-miast, a ich ośrodkami zazwyczaj były twierdze Medalionów, takie, jak Yereh. Jinshilska Stodoła stanowiła jedynie miejsce spotkań i treningów, jednak Yereh był wiecznie żywy i ogromny. W środku znajdowały się mieszkania, pomieszczenia podobne do szklarń, w których uprawiano rośliny, inne w których hodowano zwierzęta. Yereh był nie tylko ośrodkiem treningowym, był miastem, wypełnionym ludźmi, zwierzętami, wojownikami i dziećmi.
Wojownicy przekazywali sobie nawzajem wiadomości. Wielu mówiło, że atakującymi są Gobu. Inni twierdzili, że to nie tylko one, że coś potężniejszego prowadziło je wszystkie w dane miejsca i wysyłało im sygnały, rozkazy.
Kiedy doszło do zderzenia sił, nie wszystkie Gobu atakowały, aby zabić. Niektórzy spośród ocalałych ofiar przemieniali się w Bestie – ludzkie wersje Gobu. W przeciwieństwie, jednak, do zwierząt, ludzie wciąż tkwili w środku, a najważniejszą zasadą Medalionów było nie zabijać ludzi. Walka z potworami zwierzęcymi, to jedno. Przyjaciele i rodzina, przemieniający się w potwory, to zupełnie inny wymiar wojny.
Choć niektóre skażone zwierzęta należały do gatunków stadnych, nikt nie łudził się, że zmutowały na tyle, by były zdolne podejmować decyzje, które miasta atakować, albo czy zabijać, czy nie. Gdyby nawet nazwać to przypadkiem lub znaleźć ku temu jakieś logiczne wyjaśnienie, leżące w naturze, nadal pewna kwestia pozostawała niewyjaśniona. Do tej pory Medaliony żyły w przekonaniu, iż w pełni świadomy człowiek nie może zostać skażony Bestią tak długo, dopóki sam tego nie będzie chciał. Podczas tej bitwy skażone Medaliony, których nie udało się uratować Uzdrowicielom, zabijał jad Gobu, powodujący zabójcze pnącza, wyrastające z ciał ofiar. Natomiast skażeni ludzie nieposiadający medalionów i Darów, przemieniali się w Bestie, które bezmyślnie zabijały ludzi i wojowników wewnątrz Yereh.
Jedni próbowali ratować skażonych Bestią ludzi. Inni nie widzieli na to szans i aby ocalić pozostałych, dopuszczali się zabijania potworów razem z więzionymi wewnątrz ludźmi.
– Hej, czy to jest Khaleb? – rzucił nagle ożywiony Chris, widząc na ekranie ciemnoskórego mężczyznę. Jego system obronny wobec niewygodnych lub stresujących tematów działał odwracaniem uwagi w zupełnie innym kierunku. Nie robił tego umyślnie, przypominało to raczej odruch.
– Niesamowite – mruknął, kiedy nikt mu nie odpowiedział na pytanie. – Nigdy bym nie pomyślał, że kiedyś zostanie gwiazdą filmową.
Zanim skończył mówić, poczuł, jak ktoś pstryknął go w płatek ucha. Milan najwyraźniej przeczuwał, że Chris może się zaraz rozgadać, jeśli ktoś go nie powstrzyma, więc przeniósł się ze swoim krzesłem za plecy nastolatków, a po drodze uciszył chłopaka, nie szczędząc siły swoich palców. Kiedy Chris rzucił mu niezadowolone spojrzenie, szybkim ruchem podbródka w stronę ekranu, polecił mu skupić swoją uwagę na filmie.
Koniec końców wszystkie te przekąski, które przynieśli ze sklepu zostały prawie nieruszone. Może gdyby wiedzieli, co będą oglądać, zamiast suszonych owoców i chrupków, kupiliby pudełko chusteczek do nosa. Albo jakieś ziółka na uspokojenie (to w przypadku Chrisa). Ciężko powiedzieć, czy tylko udawał roztrzęsionego, czy faktycznie dokument zrobił na nim takie wrażenie, ale z pewnością oznaczało to, że musi się poważnie przygotować na to, co czeka go w przyszłości. Niewątpliwie właśnie po to Milan włączył im ten film.
Gdy seans dobiegł końca, dowódca wyglądał tak, jakby miał coś jeszcze do powiedzenia, ale zdecydował, że zostawi ich tak po prostu z tym, co obejrzeli i porozmawiają o tym na następnym treningu.
Czwórka nastolatków zabrała się za sprzątanie. Włączyli światło, poskładali koce, złożyli sprzęt. Pozostałe przekąski rozdzielili między sobą i już zbierali się do wyjścia.
– Ka, jeśli chodzi o tą pracę... – zaczęła Nabi, kiedy już wychodzili z pomieszczenia konferencyjnego. – Menager kawiarni powiedział, żebyś przyszła jutro na dzień próbny. Dasz radę?
Kkaniee uśmiechnęła się od ucha do ucha i pokiwała głową energicznie.
– Dziękuję! – niemal wykrzyknęła, zamykając dziewczynę w uścisku. – Oh! Jak on ma na imię? – zapytała odsuwając się prędko. – Chyba powinnam to wiedzieć, idąc tam jutro, prawda?
– Ah, no, to jest ten... – w zamyśleniu poprawiła swoją torebkę na ramieniu. – On ma takie proste imię na I.
– Zapomniałaś, jak ma na imię menager? – zdziwiła się Kkaniee. – Pracowałaś z nim cały Adar w zeszłym roku.
– Oj, wypadło mi z głowy – machnęła ręką. – Mam jego numer w telefonie, to wyślę ci, jak wrócę do domu, co?
Kkaniee zgodziła się skinięciem głowy. Chłopcy odprowadzili każdą z dziewczyn do ich domów; Luke miał bliżej do domu Hongów, a Chris mieszkał tuż obok Kkaniee, zaledwie dwieście metrów dalej. Las, po środku którego wybudowano miasteczko o tej porze wydawał się jeszcze bardziej gęsty i głęboki. Odkąd młodzi wojownicy oddziału Jedenastego zaczęli aktywnie działać, stał się znacznie bezpieczniejszy, ale nigdy przecież nie można być zbyt czujnym.
Chris pożegnał się z Kkaniee na zjeździe z głównej drogi do posesji na której mieszkała jej rodzina, a sam poszedł dalej. Kiedy była już w połowie wąskiej, ziemistej dróżki, prowadzącej do jej domu nagle usłyszała trzepot skrzydeł. Podniosła wzrok ku górze, szukając pośród gałęzi wysokich, iglastych drzew ptaka, który ją zaskoczył. Medalion zajaśniał delikatnym różowym światłem. Zwisał z jej szyi i kończył się podłużnym kryształem o bladoróżowym kolorze, bujającym się w połowie klatki piersiowej.
Niebo miało ciemny, granatowy kolor i kilka gwiazd błyszczało ponad koronami drzew, Choć noc nie zapadła jeszcze całkowicie, było ciemno i nie mogła dostrzec ptaka, który przefrunął obok niej. Zamknęła oczy, a kiedy je znowu otworzyła, z wnętrza jej źrenic wydobywało się jasne światło. Otworzyła oczy ducha, dzięki którym mogła teraz widzieć całą sferę duchową świata wokół niej. Pomyślała, że skoro jej medalion świecił, nawet jeśli tak nieznacznie i blado, to musiało stanowić o obecności uminegi w pobliżu. I nie myliła się. Teraz widziała jak z gałęzi jednego z drzew opada na ziemię ciężki, czarny dym, przypominający teraz tusz, rozpuszczający się w wodzie. Podniosła wzrok i przyjrzała się czarnemu krukowi, z którego wydobywał się dym. Przyglądał się jej na zmianę jednym to drugim czerwonym okiem. W końcu rozwarł dziób, wydał z siebie głośne skrzeknięcie, zamachał skrzydłami i kiwnął głową w stronę domu Kkaniee, który widać już było między drzewami.
Kazał jej iść dalej, wiedziała o tym. Miała się obrócić i iść dalej, nie zwracać na niego uwagi, bo przecież on tylko patrzył. Zawsze patrzył, zawsze się jej przyglądał, obserwował ją. Sam nie stanowił zagrożenia, ale przekazywał informacje o niej znacznie gorszym stworzeniom od siebie.
– Och, daj mi spokój – syknęła pod nosem, sięgnęła ręką za plecy po strzałę z różowego światła, która pojawiła się tam dokładnie w momencie, kiedy Kkaniee zaciskała na niej palce. Ustawiła ją na cięciwie łuku, wykonanego z tego samego rodzaju światła, pociągnęła i wystrzeliła w stronę ptaka. Kruk ze skrzekiem i trzepotem skrzydeł zniknął pośród chmury czarnego dymu, spływającego z gałęzi. Kkaniee z bronią w ręku i napiętą kolejną strzałą podeszła bliżej drzewa. Po ptaku została jedynie czarna lotka ze skrzydła i niknący dym. Dziewczyna nadepnęła mocno na skrzydło, które rozpłynęło się pod jej stopą. Światło w jej oczach zgasło, a łuk i strzała zniknęły z jej rąk. Pospiesznie odwróciła się i pobiegła do domu.
______________
* Valkirian - gwiazda centralna układu planetarnego Valkirian. Zwana przez
Hallitarian po prostu słońcem.
Nie wiedzialam, że tak bardzo tęskniłam za bohaterami. To jest SERIO BARDZO DOBRE napisany rozdział!
OdpowiedzUsuńCzekam na to, żeby poznać tego managera!
OdpowiedzUsuńBez spojlerów XD
Usuń